Notka o koronkowych świątyniach i kamasutrze [+18 :)]

Odcinek 8, Khajuraho, koronkowe świątynie i kamasutra

Jak obiecałem :D

Khajuraho czyli „Miasto palm daktylowych” słynie przede wszystkim z kompleksu świątyń hinduistycznych (IX- XII w.) przez władców z dynastii Ćandelów. Słynie z samych świątyń i wyrzeźbionych na ścianach postaci i zachowań o mocno erotycznym wydźwięku. Słynna Kamasutra, tak :)

Świątynie mnie zachwyciły. Absolutnie. Byłem nieprawdopodobnie oczarowany, klimatem miejsca, dbałością o szczegóły a przede wszystkim „koronkowością” wykonania. Przed wyjazdem do Indii słyszałem opinie, że można je sobie darować, świątynie są takie jak wszędzie. Ale to nieprawda. Warto tam pojechać, dotknąć tych kamieni, miejsce jest niesamowite. Razem z Taj Mahalem i Świątynią Wichrów w Ranakpurze jest grupie trzech najpiękniejszych miejsc jakie widziałem w Indiach. Gorąco polecam, pomimo tego, że dojazd jest kłopotliwy a lokalni handlarze w miasteczku bardzo namolni.

Poniższe zdjęcia to tzw. Grupa Zachodia Świątyń, największa i najlepiej zachowana. Innych przez wspomnianą w poprzedniej notce chorobę nie widziałem ale są bardzo podobne tylko bardziej zapuszczone.

Kilka ujęć kompleksu świątyń

I trochę rzeźb … ;)

Pozycje kamasutry w detalach. Sporo ich jest ale zazwyczaj poukrywane dosyć wysoko. Gdyby nie obiektyw o dużej ogniskowej ciężko by je było sfotografować

Niektóre z pozycji są, powiedzmy niespotykane ;)

Inne rzeźby. Masa jest słoni i scen walki lub życia codziennego

Nawet słonie mają trąby zawiązane w supełek :)

Świątynie mnie niesamowicie zachwyciły, fotografowałem jak szalony, nie mogłem przestać. Poniżej jeszcze kilka zdjęć:

Dwie szwedki poznane na dworcu w Varanasi. Jak widać dotarły bezpiecznie :)

Pani Hinduska i kamienny lew

A na koniec fotka która naprawdę dobrze opisuje ten kraj …

Orchha, o mieszkaniu na wsi, biznesie na ulicy i ludziach

Odcinek 9, Orchha

Syn Anurady, naszej gospodyni

Z Khajuraho dotarliśmy do Orchhy, małej, nieco zapomnianej i niezupełnie turystycznej wioski, znanej jednak z ogromnego kompleksu pałacowego oraz cenotafów (symbolicznych grobowców) nad rzeką Betwą. Rzekę oraz siedzącego nad jej brzegiem mieszkańca można zobaczyć w poprzedniej notce, a zabytki będą w następnej. Dzisiaj, za to, to pokażę gdzie mieszkaliśmy, jak się robiło nasze jedzenie i opowiem trochę o lokalnym biznesie.

W Orchhy mieszkaliśmy w tzw. Home-stayu reklamującym się hasłem „Stay with a local family” oraz „Clean and comfortable rooms”. Trochę się obawialiśmy warunków ale reklama nie kłamała – pokój był super, właściwie mały jednopokojowy domek wybudowany na środku gospodarstwa naszej rodziny. Był czysty i bardzo ładny, łazienka oddzielnie (budka z wc i prysznicem) za to bardzo wypielęgnowana i pachnąca. Ciepła woda dostępna w wiaderku, to znaczy gospodarz grzał wodę w wielkim garnku nad ogniem, wlewal do wiaderka i dodawał mały garnuszek do polewania. A najważniejsze było to, że faktycznie mieszkaliśmy z lokalną rodziną, oglądaliśmy przygotowywanie posiłków na kamiennym piecyku, magazynowanie wody w wielkich donicach, bawiliśmy się z dzieciakami i uczyliśmy je angielskiego. Wieczorne piwo wypijane przy małym ognisku z krowich placków też dodawały naszemu pobytowi niezaprzeczalnego klimatu ;)

Nasza gospodyni Anurada podczas przygotowywania śniadania, w tle piecyk :)

Nalewanie herbaty. Herbatę po indyjsku (czaj) robi się tak, że do garnka wlewa odpowiednią ilość wody, mleka, liście herbaty, cukier i czasem szczyptę imbiru. Gotujemy całość aż do wrzenia, zmniejszamy ogień i czekamy kilka minut. Następnie przelewając przez sitko podajemy wrzącą. Jest piekielnie mocna i bardzo dobra. Na zdjęciu wersja bez mleka :)

Śniadanie gotowe, na pierwszym planie :) Żółte w miseczce to pikantno-słodka zupa z curry, placek nazywa się paratha (rodzaj naleśnika). Pyszne też były chiapatti, świeżo upieczone na piecu placki w stylu tureckich chlebków. No i mega pikantny masala chicken, palce lizać ale kubki smakowe wypalił. Je się w pozycji kucanej, z talerzem na podłodze. Wszystko jemy palcami, maczając placki czy stałe kawałki w sosach, oczywiście prawą ręką (w Indiach prawa ręka jest od jedzenia, lewa jest nieczysta – od zabiegów higienicznych).

Po śniadaniu trochę zabawy z ptakiem …

… lub piłką …

… lub mała sjesta

… ewentualnie czas na naukę. Książka którą trzyma córka Anurady (zapomniałem imienia) to słownik Hindi-English :)

Już po nauce, rozmawiamy o szkole i podróżach

Wspomniane dzbany na wodę, pitna woda (filtrowana) jest cenna

Nasz domek gościnny

Trochę reklamy :)

Zagroda i suszące się obok krowie placki, czyli bardzo dobry materiał na …

… wieczorne ognisko

Tyle o Home-stayu, w Orchy jest pięć takich rodzin, muszę powiedzieć, że żyją bogaciej niż reszta dookoła a ich gospodarstwa są może nie ładniejsze ale na pewno czystsze. Stroną biznesową zajmuje się Ashok, obrotny chłopak kolo 22-24 lat, bardzo nas polubił (pewnie dziewczyny :). Pozdrawiam!

Żeby nie było, że wszystkie domki są takie porządne ;)

Ok, to teraz trochę o lokalnym biznesie:

Najpierw transportowy, jak widać nominalna pojemność riksz jest tylko nominalną, potrafią wytrzymać dużo większe obciążenie :) BTW, lokalna stawka to 10 rupii za kilometr, to stawka do której należy dążyć bo początkowe są dużo większe

Sprzedawca gualu (kolorowe proszki), głównie do posypywania przyjaciół i innej zabawy. Używane w ilościach hurtowych podczas indyjskiego Święta Wiosny (Holi). Kolory są niesamowicie intensywne.

Warto obejrzeć co się z tymi proszkami robi: Holi – festiwal kolorów

Zakład fryzjerski na ulicy, z dachem, są takie nawet bez – składające się z krzesła i lustra zawieszonego na drzewie. Skorzystałem z takiego zadaszonego później, całkiem udanie mnie Pan Fryzjer ostrzygł. Cena 140 rupii (niecałe 10 zł) :)

Warzywniak

Computer Academy

Okolice świątyń to też biznes, zwłaszcza dla sprzedawców kwiatów, dewocjonalii oraz żebraków

Biznes jak widać odbywa się glównie na ulicy. Małe sklepiki, czasem kawał blachy, czasem to co sprzedajemy rozkładamy po prostu na ziemi dookoła. Prawie żadne ceny nie są stałe, targowanie się jest normalnym i obowiązującym stylem zakupów. Trudno się nie targować jeżeli ceny początkowe bywają wyższe o 1000% od docelowych :) Targujesz się o każdą glupotę, czasem to jest fajne ale czasem żmudne i męczące, zajmuje sporo czasu. Szkolenia negocjacyjne się przydają :) Istotne jest to, że Hindusi działają w grupach, taksówkarz zawiezie Cię do przyjaciela sprzedającego jedwabie, przewodnik poleci restaurację kumpla i wujka z łodzią który chętnie po promocyjnej cenie przewiezie Cię po rzece itp. Niby jest konkurencja, kiedy kręcisz się dookoła handlarzy słyszysz masę okrzyków zachęcających do wyboru konkretnego sklepu ale w momencie kiedy jeden sprzedawca czymś Cię zainteresuje to reszta się wycofuje, czasem tylko nieśmiało czekając. A nóż zechcesz zobaczyć co u konkurencji.

I na koniec notki trochę o ludziach. Po pierwsze dużo ich. Naprawdę dużo. Gdzie nie chodziliśmy przedzieralismy się przez tłumy. Indie to teraz 1,2 miliarda ludzi, drugi kraj na świecie pod względem populacji. I ciągle rośnie, z kim nie rozmawiałem miał 4-5 dzieci. Tylko jeden gość stwierdził, że ma dwójkę i wystarczy. Są hałaśliwi i krzykliwi, na ulicach jest zawsze bardzo głośno. Są czasem męczący i namolni, każdy chce Ci coś sprzedać, pokazać, zapytać skąd jesteś – ale to głównie w miejscach turystycznych. Wystarczy się od nich oddalić trochę i są nadal głośni ale normalni, serdeczni, pomocni i bardzo sympatyczni. Często pomagali nam sami z siebie, dawali rady, pytali się czy na prawdę chcemy tam iść, czy się nie zgubiliśmy.

Jak to w Indiach, wszystko jest możliwe. W Mumbaiu jadąc lokalnym pociągiem w strasznym ścisku (opowiem później dokładnie bo to jedna z lepszych akcji w jakich miałem okazję uczesniczyć) sąsiedzi w tłumie mówili nam która to stacja, na której mamy wysiąść i zrobili nam trochę miejsca żeby móc swobodnie oddychać. Byli bardzo mili i pomocni. A z drugiej strony kierowca rikszy w Jaipurze zawożąc nas do hotelu ze stacji (1,2 km jedynie) doprowadził nas wszystkich do stanu bliskiego poważnego incydentu międzynarodowego ;) Indie :)

Kobiety w sari na targu. Sari to tradycyjny strój kobiecy, kilkumetrowa płachta jedwabiu do owijania się w skomplikowany sposób. Im bardziej kolorowe sari tym kobieta biedniejsza, bogate hinduski noszą kolory stonowane (za to lepszy gatunkowo materiał).

Rodzina, z gatunku wielodzietnych :)

I na koniec zdjęcie wrzucone na fejsa, przeglądając je po kolei znajduję takie przy których zatrzymuję się na dłużej, to jedno z nich.