30hr Atlantic Ride

Bezwład kolorowy

Wracaliśmy już. Do przepłynięcia został ostatni odcinek, około 120 mil morskich w linii prostej, jakieś 140 realnie czyli około 255 kilometrów – całkiem spory kawałek jak na jeden przelot.

Musieliśmy tylko zatankować wodę i znowu pewien francuz zrobił nas w jajo. Podpłynęliśmy wieczorem do stacji benzynowej w marinie na Gwadelupie i zaczęliśmy tankować wodę wężem do zbiornika. Poszedłem poszukać kogoś z obsługi żeby zapłacić, pojawił się jakiś gość i pyta czy ropę też chcemy. Ropy nie chcieliśmy, mówię mu, że potrzebujemy tylko wody, nie mamy nic. Francuz do mnie „Ok, ok” i poszedł sobie. No dobra, pewnie wróci za chwilę po pieniądze. Nie wrócił a woda po kilku minutach przestała lecieć. Więc poszedłem go poszukać a tu gościa nie ma, budynek stacji zamknięty a furtka przez którą się wychodzi ze stacji na brzeg z wielką kłódką. Po prostu wyłączył pompę i poszedł do domu, mając nasz w przysłowiowej dupie. Było już późno, nie mieliśmy szans zatankować w samej marinie a czekało nas co najmniej 24h na morzu. Nie mogliśmy też poczekać do rana, mogliśmy się spóźnić na samolot. Więc nie było innej opcji, popłynęliśmy bez wody (mieliśmy tylko pitną w butelkach).

Radosna Ania za sterem

Atlantyk z lewej

Atlantyk z prawej. Nie mówiąc o klamerkach ;)

140 mil to nie jest może aż tak bardzo dużo ale wiatr zdechł, połowę drogi płynęliśmy na silniku. Licząc na zmianę warunków zdecydowaliśmy płynąc od strony nawietrznej wysp, po Atlantyku. Rozwiało się w końcu ale dopiero po dobie, w sumie ostatni odcinek zajął nam 30 godzin. Przy takich dłuższych przelotach człowiek wpada w rytm życia według wacht. 3 godziny aktywności, sterowania, zabawy z żaglami i nawigacją, 6 godzin na odpoczynek, w nocy sen, w dzień drzemka, gadanie o pierdołach czy nic-nie-robienie. Bardziej ambitni mogą trochę poczytać ale to też się w końcu nudzi. I znowu 3 godziny wachty. Takie pływanie niesamowicie odpręża, dookoła nie ma nic poza oceanem, jacht tnie falę za falą, nic się nie zmienia poza powoli upływającymi minutami. Bardzo mnie to odpręża.

Trochę żeglowania

Płyniemy więc sobie, leniwie, gadając sam nie wiem o czym. Poszedłem na rufę zapalić papierosa, patrzę na morze i nagle, może 300 metrów od nas coś wielkiego wyskakuje z wody, przez chwilę zawisa w powietrzu i spada do niej z wielkim hukiem i rozbryzgiem piany. Wieloryb!!! Widziałem je po raz pierwszy w życiu, wyskoczył z wody trzy razy, po trzecim poleciałem po aparat ale już niestety się nie pojawił. Naprawdę był fajny, w powietrzu obracał się tak że było widać płetwy. Piękny!

Jeszcze trochę oceanu

Rano drugiego dnia była już Martynika a w niej marina, upragniony prysznic i ostatnie zakupy przed powrotem do domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.