Jak się po Phuket podróżuje

To już koniec części żeglarskiej fotostory, trzeba było oddać łódkę. Pozostaliśmy jednak jeszcze kilka dni w Tajlandii, głównie w celach imprezowych ;)
Na początek Miasto Mueang Phuket, stolica dużej wyspy o tej samej nazwie. Mało ciekawe miejsce, wybrzeża są typowo turystyczne, środek wyspy jest handlowo-przemysłowy. Kilka fotek jednak zamieszczam :)

Na początek jak się po Phuket podróżuje ;)

Dwie fotki jeszcze z mariny

I kolejne trzy z wielkiego targowiska w centrum. Jakość produktów gorsza niż w dobrych czasach na Stadionie Dziesięciolecia za to kolory bardziej jaskrawe :)

Wesołe miasteczko dla dzieci zawsze w cenie

Pani od Kubeczków

+32 stopnie, godzina 23:03 czasu lokalnego :)

Bar Restauracyjny typu FastFood w powrotnej drodze do domu

Może i krzaczki ale słowo Pepsi jest całkiem czytelne

Oświecona Rodzina Królewska
Thailand, Phuket
cdn

Trochę więcej niż 28 akrów raju :)

Ko Khai Nai
Malutka wyspa, znaleźliśmy ją przypadkiem po drodze. Skusiły nas te parasole.
Niech zdjęcia mówią za siebie… :)

Ale żeby nie było, że raj całkowity to tylko napiszę, że temperatura powietrza wynosiła ok 37oC, wilgotność podchodziła pod 95% a słońce świeciło tak, że zdjęcie okularów przeciwsłonecznych na kilka sekund (tylko po to, żeby zrobić zdjęcia) mało mnie przez odbicia od wody i piasku nie oślepiło. Każdy raj ma swoje minusy, choć ten akurat znikome i pomijalne ;)

Wyspa z góry wygląda tak, jakby ktoś chciał odnaleźć :)

Thailand, Ko Khai Nai
cdn

Wielka burza i drinki w wiaderkach

Wracaliśmy już na północ, po drodze planując przenocować na imprezowej wyspie Ko Phi Phi o której pisałem już tutaj. Dużo fotek z tego dnia nie mam, więc chyba się muszę wytłumaczyć :) Mianowicie…

najpierw było tak …

… a później tak. A później nikt nie miał głowy bo trzeba było ratować łódkę i prawie o życie walczyć. No może trochę przesadzam ale dogoniła nas niesamowita burza tropikalna. Najpierw otoczyły nas niesamowite kolory, później gwałtowne uderzenie wiatru, fal i piany. Prędkość wiatru osiągnęła może maksymalnie 50-55 węzłów (9 w skali Beauforta) ale jak na powszechną flautę w okolicy to było coś obłędnego. Cały czas byłem przy sterze :)

Burza, jak na tropikalną przystało trwała może 15 minut za to bardzo nas przyśpieszyła. Stanęliśmy na kotwicy w porcie…

kulturalnie obejrzeliśmy lokalny program artystyczny…

… i po rozpatrzeniu innych opcji rozrywkowych …

… zdecydowaliśmy się na jedną czyli drinki w wiaderkach :)

Wspaniały lokalny wynalazek. Mianowicie kupuje się komplet czyli wiaderko, sporą małpkę alkoholu, i innych płynnych dodatków. Sprzedawca miesza całość, wkłada grubą słomkę i z drinkiem o objetości powiedzmy 1 litra można się udać na imprezę. Jednemu wiaderku jeszcze jakoś daje się rade, po dwóch polegali najtwardsi ;)

A na koniec Beach Party :D
Thailand, Ko Phi Phi
cdn

Back to Thailand :)

Powrót do Tajlandii :)
Nigdy nie dokończyłem relacji z tego niesamowitego kraju a jeszcze kilka fotek mam w szufladzie.
Więc wracam, prawie dokładnie po roku od ostatniej notki.

Pani w bikini. Na dobry początek ;)

Wyspy Ko Tap i Ko Mor to w zasadzie 3 wysepki połączone zalewaną przypływem groblą. Chodzenie po wodzie to niesamowita rzecz :)

Łódka, lokalna, jakich wiele. Wrażenia z pływania – bezcene.

Grobla na początku wysokiej wody. Chodzi się dosyc trudno bo woda się przelewa i próbuje ściągnąć spacerowiczów na morze.

To samo miejsce kilka minut wcześniej, grobla jeszcze sucha.

Lokalna knajpa. Właścicielka poleca lody z kokosa.

Krótka narada na srodku oceanu. Po japońsku.

A na koniec notki dwie foty z zachodu słońca :)
Chyba tęsknię za Wielką Wodą już …

Thailand, Ko Tap, Ko Mor
cdn

Morskie cuda

W ramach zajawki do następnej notki dwie fotki o morskich cudach w Tajlandii.

Czyli jak chodzić po wodzie, oraz…

Jak zaparkować łódkę na środku wyspy ;)
(to ekran tzw. chartplottera czyli nawigacji łódkowej, pomarańczowe to ląd, łódeczka na środku – wiadomo :)

Thailand, Ko Tap, Ko Mor
cdn

Ko Tarutao, czyli jak sterować stopą

Ko Tarutao, rezerwat i park przyrody, popularne miejsce dla backpakersów

Dzień na wyspie się zaczął nieco pracowicie, proszę sobie bowiem wyobrazić zatankowanie 1000 litrów wody za pomocą 20-litrowych butli i wiader wożonych chybotliwym pontonem albo taksówką wodną. Później pełen relaks, wycieczka kajakowa po grotach, prysznic pod drzewami, pełen relaks. Fajne miejsce na kilka dni spokoju, pusto, całkiem niezła i tania restauracja, piękna plaża i lokalni znający (no prawie) angielski.

Kapitan lokalnej taksówki, sterowanie stopą jest umiejętnością niezbędną w zawodzie

Plaża Tarutao, w tle nasz środek lokomocji

Palmy, dużo palm

Podróż rzeką w kierunku jaskini

Wejście do przystani

Plaża

Kapliczka buddyjska

Pan Xio Chin Tao z uśmiechem poprawia węzły na swojej łódce

No i jedzenie. W rolach głównych wystąpiła zupa z kalarów (z mleczkiem kokosowym i chilli), sałatka pikantna z krewetek (także na ostro) oraz gotowane warzywa. Tym razem bez ryżu, to dziwne bo ryż je się zawsze i do wszystkiego. W tajskim zdanie „Czy już dzisiaj coś jadłeś?” oznacza dosłownie „Czy już dzisiaj jadłeś ryż ” :)
cdn

Leniwe Ko Lipe

Ko Lipe,
czyli ostatnia wyspa Tajlandii przed granicą z Malezją – 721 km do równika. Miejsce świetne, prawie pusto, tanio, mało kto tu dociera. Polecam :)

Po dopłynięciu złapała nas mała burza, strat nie zanotowano poza pontonem który wybrał wolność. Pouczony i przyholowany nie sprawiał więcej kłopotów.

Knajpka na plaży, pełno takich na wyspie. Za barem nieco zamroczeni lokalni dużo alkoholu, żadnego jedzenia

Bamboo tatoo

Czas na Ko Lipe liczy się inaczej, byłem tam w marcu. Czasu europejskiego :)

Trochę mniej lub bardziej plażowego żeglowania.

I okolice wyspy, z nieodłącznymi skałami i panoszącymi się wszędzie krewetkowcami. Morze dookoła wyspy jest tak podzielone powtykanymi bojkami z sieciami rybackimi, że pływa się jak po polu minowym. Dobrze, że pływaliśmy w dzień.

no, prawie w dzień ;)
cdn, mam nadzieję, że szybko :)

Dlaczego nie należy chodzić po jeżowcach

Ko Kradan
Przygoda z silnikiem zaczęła się z znienacka. Było koło południa, wiatru zero, odsypiałem nocną wachtę i nagle ze snu budzi mnie tupot nóg po pokładzie, jakieś podniesione głosy i pełno siwego dymu w kabinie. Spałem na rufie, od silnika dzielił mnie tylko kawałek deski i to zza niej wydobywał się dym. Mała panika, pożar silnika na jachcie jest sprawą paskudną, ciężko go ugasić i zazwyczaj kończy się pośpiesznym opuszczeniem jachtu. Na pełnym morzu, „in the middle of nowhere” to kiepska sprawa. Dookoła pływało trochę kutrów rybackich, ktoś by nas uratował – w końcu płonący jacht widać z wielu mil ale takiej przygody raczej nie chciałbym przeżyć.

Na szczęście nie było tak źle, silnik dymił ale się nie zapalił. Po przewietrzeniu środka i kilku godzinach demontażu różnych elementów okazało się, że rozszczelniła się rura odprowadzająca spaliny. Po prostu się rozpadła a spaliny zamiast za burtę kumulowały się w pomieszczeniu silnikowym. Nasz jacht był w świetnym stanie technicznym, miał wszystko co tylko komfortowy jacht może mieć, DVD, mikrofalówkę a nawet klimatyzację ale na naprawie silnika właściciel oszczędził, rura była posklejana i uszczelniona taśmami, plasteliną i cholera wie czym jeszcze. Pełna prowizorka. Wiatru nie było w ogóle, szczęśliwie jakoś pod wieczór to ustrojstwo jeszcze bardziej prowizorycznie naprawiliśmy, kolega trzymał nieco nadwyrężoną rurę bosakiem żeby wibracje znowu jej nie uszkodziły i dopłynęliśmy do najbliższej wyspy na noc. I tak trafiliśmy na Ko Kradan.

Wyspa jest naprawdę fajna, jest prawie pusta – jedynie trochę bungalowów i dwie knajpy, piękne plaże, cisza i spokój. Doskonała ryba pieczona w czosnku, piekielnie ostre krewetki w czymś nieokreślonym ale pysznym, czekające na Ciebie leżaki na rozgrzanym piasku, nic tylko wypoczywać. No i napis „Kradan – island of love” :) Najpiękniejsze w swobodnym żeglowaniu jest to, że czasem całkiem przypadkiem pojawiasz się w miejscach do których nigdy by się nie trafiło. I odkrywasz w nich coś magicznego i specjalnego. Taka była dla nas wyspa Kradan.

Tutaj też nauczyłem się jednej rzeczy istotnej w morzach tropikalnych. Nigdy nie stawaj na jeżowcach. Bosą stopą zwłaszcza. Mi się udało, dopływając pontonem do brzegu po zmroku wpadliśmy w rafę, chciałem z niej wypchnąć ponton, szybka akcja, fala, dno pontonu uderzające o dno, hyc za ponton i głośne wrr$%##@@$$ ;) Stanąłem na skubańcu całą stopą, dokładnie pośrodku. Miałem 37 dziur w stopie. Jeżowce nie są na szczęście toksyczne ale mają bardzo długie i kruche kolce zakończone takim małym haczykiem. Kolec łatwo się łamie ale haczyk zostaje w ciele, żeby go wyciągnąć trzeba rozcinać okolice rany i dłubać pęsetą. Taka operacja potrwała dwie godziny, jako środek znieczulający wystąpiła wypijana szklankami lokalna whisky (9zł za 0,75l – całkiem niezła) oraz ręcznik zagryzany zębami. A chirurgiem Aga, bardzo, bardzo dziękuję raz jeszcze! Tylko dzięki niej następnego dnia mogłem chodzić, pierwsze dni na palcach, później już normalnie. Jednego się nauczyłem, tylko prawdziwi twardziele wsiadają boso do pontonu ;)

Jeśli ktoś nie wie, jeżowiec wygląda tak (foto by jednorazówka podwodna)

Na Kradan spędziliśmy prawie całą dobę, czekając na ekipę do naprawy silnika ale i też spokojnie odpoczywając. Wypłynęliśmy w nocy, kurs na Ko Lipe czyli ostatnia wyspa Tajlandii przed granicą z Malezją – 721 km do równika.

Ko Kradan, Tajlandia

Maya Bay, The Beach

Wracamy do Tajlandii, Maya Bay.
To chyba najsłynniejsza plaża w kraju, rozsławiona filmem „The Beach”. Miejsce zaiste bardzo piękne, tylko jest jeden kruczek, trzeba być na niej krótko po świcie albo późnym popołudniem. Nam się udało, doczytałem gdzieś tę radę w przewodniku i pomimo solidnej imprezy poprzedniego dnia wypłynęliśmy wcześnie.

Lokalne łódki, bardzo praktyczne w płytkich, pełnych raf wodach. Kieruje i zarazem napędza je za pomocą
silnika z bardzo do tyłu wysuniętą śrubą. Można ją wyjąć z wody i włożyć w innym miejscu, co daje niesamowitą
zwrotność. I są bardzo szybkie.

Nic tylko skakać z radości ;)

Ale już za chwilę, kilka minut po 10.00 z głównej wyspy Phi Phi przyplywa tutaj setki motorówek,
wszystkie takie same, napędzanych podwójnymi potężnymi silnikami. I robią desant.
To niesamowicie wygląda, motorówka za motorówką, z każdej wysypuje się tłum ludzi. Każda
ma swój numer, po dwóch godzinach załoga zgarnia z plaży turystów wołając po numerze, szybko i nerwowo.
W końcu trzeba przywieźć następną turę :)

Aż do wody ciężko się dopchać.

Nic tylko uciekać ;)

A większe statki które nie mogą dobić do brzegu, wożące zwykle japońskich turystów robią desant
na wodzie. Statek rzuca kotwicę, z pokładu do wody skacze 200 japończyków w kamizelkach ratunkowych
(w kolorze statku, a jakże) i mają 45 min na pływanie. Oczywiście w zasięgu 100 metrów :)

Ostatni rzut oka na Maya Bay i płyniemy dalej. Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy ale następnego
dnia czekała nas przygoda, pożar silnika na morzu. A to nigdy zabawne nie jest …

Maya Bay, Tajlandia