Jak utknęliśmy w krzakach na Gwadelupie

747 z hałasem ląduje w mangrowcach

Utknęliśmy w mangrowcach. Na amen, na dobę. A było to tak …

Z Antigua wypłynęliśmy standardowo już dla nas, o zachodzie słońca. Sporo było tych nocek na morzu, odległości między wyspami są spore więc dnie woleliśmy spędzać na wyspie, noce na morzu. Pasowało mi to, kocham nocne pływanie. Po notce o żeglarstwie kilka osób się pytało czemu nie stawaliśmy w nocy na kotwicy. Ano proszę Państwa w zatokach przy wyspie się da, na środku morza może być z tym pewien kłopot. Łańcuch kotwiczny ma może 50 metrów długości a dno morza jest 2000-3000 metrów pod nami … ;)

Płynęliśmy na Gwadelupę, cel to Sainte-Anne czyli taki kurort z plażami, palmami i w ogóle pocztówkowy. Gwadelupa jest wyspą w kształcie cyfry 8, z małym kanałem pomiędzy dwiema częściami wyspy. Zatoka północna, przez którą zmierzaliśmy jest naszpikowana rafami, locja ostrzega, że szlak jest trudny, niebezpieczny i lepiej w nocy nim nie pływać. Ale był dobrze oznakowany, zaryzykowaliśmy. Szlak, zwany torem wodnym faktycznie oferuje niezapomniane wrażenia, płynie się prosto, 200 metrów do przodu, zwrot o 90 stopni w lewo do następnej bojki, 100 metrów prosto, skręt o 120 w prawo i tak kilka mil morskich. Akurat była moja wachta, ja sterowałem, nasz kapitan siedział przy mapach i GPS’ie. Wrażenia miałem niezłe, szlak jest bardzo wąski, trzeba pływać blisko bojek, a już kilka metrów za nimi z wody wystają skały. Po drodze widzieliśmy też kilka wraków …

I wszystko było dobrze dopóki pod sam koniec toru nie zaczął padać deszcz. Uderzył tak silnie, że w ciągu minuty przestałem widzieć prawie cokolwiek, ledwo co masz widziałem, końca łódki już nie. Przed nami były jeszcze dwie bojki i płynąłem na nie na pamięć, rozpaczliwie szukając miejsca na bezpieczne zakotwiczenie. Udało się jakoś, szczęśliwie ale gdyby deszcz uderzył pół godziny wcześniej, kiedy byliśmy na środku przejścia przez rafy mogło być kiepsko. Serio.

Poczekaliśmy pół godziny, deszcz nieco zelżał i popłynęliśmy do kanału. Są na nim dwa mosty drogowe, oba zwodzone. Według locji pierwszy od naszej strony jest otwierany pomiędzy 4:30 a 5:30, drugi natomiast o 5:00. Dopływamy więc do mostu, jest 4:45 a on skubany zamknięty, żadne światło w budce mostowego się nie pali, nic. Francja … Czekamy więc, coraz bardziej niecierpliwie, w końcu most się otworzył, o 5:15. I … utknęliśmy pomiędzy mostami. Okazało się, że pierwszy jest otwierany faktycznie o 4:30 ale tylko na chwilę, żeby przepuścić czekające łódki. My spóźniliśmy się przez ulewę o 15 minut i nie mieliśmy szans. Dopłynęliśmy do drugiego, rzuciliśmy kotwicę i poszliśmy spać.

Obudziliśmy się rano w mangrowcach. To takie krzaki wodne, często używane jako rośliny akwariowe, tam rosną do wielkości całkiem sporych drzew. Mieliśmy sporo czasu, most otwierali dopiero o piątej rano następnego dnia więc otworzyliśmy baniak wina. Jeden, drugi, trzeci …

I tak pijąc wino, oglądając lądujące samoloty (obok kanału jest lotnisko), drzemiąc, czytając książki i pijąc wino, dużo wina spędziliśmy nie robiąc nic 24 godziny. Gdyby nie brak plaży byłoby naprawdę świetnie :)

A następnego dnia było tak:

Sainte-Anne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.