Matka Teresa. Ta z Kalkuty.

Po torach dworca w Varanasi spacerowała biała krowa. Druga po peronie. Zaskoczeni podbiegliśmy zrobić zdjęcia, na krowach, jak można przypuszczać, to nie zrobiło to wrażenia. W końcu sobie poszły. Pociąg się spóźniał.

Czekanie na pociąg wszędzie jest podobne. Dworzec może być ładny i czysty, może być brudny i zniszczony. Słowa z megafonu po polsku, angielsku, hindi czy indonezyjsku. Niezależnie od języka w jakim są wypowiadane ciężko je zrozumieć, latami używane megafony trzeszczą niemiłosiernie.

Pociąg się spóźniał. Śmierdziało zepsutym jedzeniem. Nad moja głową, na kilku kablach, wisiał wyświetlacz który powinien pokazywać numer pociągu i godzinę odjazdu. Był wyłączony, może zepsuty, może nigdy nie działał. Kilka minut wcześniej podeszło do niego kilka pracowników obsługi technicznej dworca, odkurzyli go pieczołowicie szczotką. Zabrali drabinę i poszli, wyświetlacz nadal nie działał, ale był jakby bardziej czysty. Kontrastował z widokiem szczurów przemykających co chwila ludziom pod nogami.

Megafon nad głową zaskrzypiał „May I have you attention please? Train 12334 from Varanasi to Howrah is arriving shorty on platform number 2”. Nauczeni doświadczeniem nie zerwaliśmy się od razu, może przyjedzie szybko, może za dwadzieścia minut. Siedzieliśmy dalej. Przyjechał po dwóch godzinach.

Na peronie był tłoczno, tłum jeszcze zgęstniał w pociągu, który w końcu wtoczył się na stację. Brudna podłoga, prawie brak światła. Zaduch. Nasze miejsca były zajęte, szczęśliwcy którzy na nich usiedli nie byli zadowoleni, że mamy bilety. Walczyli swoim uporem i niechęcią. Wygraliśmy, ale to było pyrrusowe zwycięstwo, usiedli naprzeciwko w pięciu na jednym posłaniu i patrzyli się na nas uporczywie. To niby nic, takie patrzenie, ale po chwili zaczyna męczyć. Czujesz się jak na wybiegu, każdy Twój ruch jest prześwietlany na wylot świdrującym wzrokiem. Szybko weszliśmy do śpiworów i poszliśmy spać. Szybko zasnąłem, przeziębienie i dwie niedospane noce dały o sobie znać.

Kilometry leciały powoli.

Spałem 11 godzin, kiedy się obudziłem byliśmy jeszcze daleko od Kalkuty. Na śniadanie woda i ciastka, siedziałem, trochę czytałem, reszta spała. Obok życie.

Galeria żebraków. Jeden, zgięty wpół, miał potwornie wykrzywione krzywicą nogi. Ledwo się przemieszczał. Drugi, z zanikiem mięśni w jednej ręce. Łokieć i ramię miał grubość kości. Drugą ręką przekładał tę zdeformowaną na lewo i prawo, układał ją pod dziwnymi kątami. Trzeci na wózku, prawie brak nóg. Krótkie uda, zdeformowane stopy. Czwarty, trędowaty, bez palców. Pani w białym stroju z identyfikatorem, zbierającą na krew. Miała nawet bloczek od donacji, 50 rupii za kartkę. Nie byli nachalni, zatrzymywali się obok i patrzyli. Czekali. Jak się nic nie da odchodzili po chwili. Wydawali resztę, Hindus siedzący obok dał jednemu z żebraków pięć rupii i powiedział: dwa. Tamten mu wydał.

Jechaliśmy dalej, czytaliśmy o Kalkucie. Drzemaliśmy. Korytarzem pociągu chodzili sprzedawcy, kupno jedzenia, picia, chipsów, zamków błyskawicznych, ziemniaków, tostów czy gazet nie stanowiło problemu. Dzieciaki zbierały śmieci. Młody chłopak z plecakiem TATA Consultancy Services poprosił mnie o pilnowanie bagażu kiedy był w toalecie, bał się kradzieży. Tak jak my. W pociągach kradną.

Pani w różowej sukience, na oko trzydziestolatka, przechodząc obok podrapała mnie delikatnie po brzuchu. Ciekawość.

Howrah, Kalkuta.

Dojechaliśmy pięć godzin po czasie, mieliśmy być wczesnym rankiem a było tuż po południu. Na dworcu rejwach i gwar, kolejka do taksówek długa i zmęczona południowym słońcem. Kupiłem jeden przejazd, umundurowana policjantka krzywo się spojrzała kiedy wsiadaliśmy w piątkę do zbyt małego samochodu, ale widząc nasze wymęczone twarze machnęła ręką. Żółty Ambassador jest pakowny, zmieści wszystko. Taksówkarz próbował negocjować dodatkową opłatę negując przedpłacony kwitek, ale szybko zrezygnował słysząc stanowczy ton. Najważniejsza jest pewność siebie, zwłaszcza tam, w Indiach.

Zjedliśmy coś na szybko, z plecakami pod nogami. Nie mieliśmy noclegu i szukaliśmy go długo choć wymagania nie były zbyt wygórowane: brak karaluchów, ciepła woda, może wifi. Hotelarze nie chcieli negocjować cen, pokoje były albo drogie albo paskudne. Ciemne nory bez okien i łazienki, pokoje przechodnie, klitki przypominające kominy. W końcu wróciliśmy tam gdzie było najdrożej, ale pokoje spełniały wszystkie warunki. Wifi co prawda działało tylko godzinę, ale pokoje były czyste. Z radością padliśmy na łóżka, przez spóźnienie pociągu i szukanie noclegu zmarnowaliśmy cały dzień. Ciepłej wody nie było w ogóle, następnego dnia się okazało, że recepcjonista zapomniał włączyć bojler. Mimo kilkukrotnych próśb.

Kalkuta zaczęła się źle.

Mimo tego, że mam zdjęcia, niewiele pamiętam z samego miasta. Moje przeziębienie przerodziło się w chorobę na całego, już szukając noclegu byłem mało przytomny, później w ogóle odjechałem. Następnego dnia, włócząc się po mieście, odbierałem je trochę jak przez mgłę. Zrobiło dobre wrażenie i niewiele więcej potrafię powiedzieć. Chciałbym tam wrócić, chociażby na śniadanie w Blue Sky Café, podane przez wesołego kelnera Sama. Przejechać się czystym metrem za 5 rupii. Albo znowu pojechać do świątyni Kali, zlokalizowanej tuż obok hospicjum Matki Teresy. Tej z Kalkuty.

Kalkuta, Indie, listopad 2013

One Reply to “Matka Teresa. Ta z Kalkuty.”

  1. Ha! Widzę, że nie tylko ja mam podobne odczucia co do tego miasta… Dodatkowo przeżyłem nocny napad na pociąg. Co nie zmienia faktu, że marzę by wrócić w to miejsce. Bo mój pobyt tam przeleciał niezauważenie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.