• Kampong Phluk czyli Przystań Kłów

    Młoda mieszkanka Kampong Phluk

    Są takie miejsca na świecie, gdzie nie dotrze się żadnym, nawet najdroższym i najlepiej wyposażonym samochodem. Nie ma autostrady, żadnej drogi szybkiego ruchu, ba w ogóle żadna droga tam nie prowadzi. Samolotem czy helikopterem też nie można tam dotrzeć, nie ma gdzie wylądować. Jedyna opcja to łódka. Dzisiaj o takim miejscu, wiosce Kampong Phluk nad jeziorem Tonle Sap.

    W miejscu, do którego można dotrzeć drogą lądową wynajęliśmy łódkę, całe 15USD. Nasz kapitan miał może 15 lat ale całkiem nieźle sobie radził, nawet w drodze powrotnej, już po zachodzie słońca. Płynęliśmy dosyć długo, koło godziny, nieco już znużeni byliśmy, aż nagle zaczęły dookoła nas pojawiać się pierwsze domy na wodzie. Wrażenie jest niesamowite, miejsce jest odsunięte od cywilizacji tak daleko, jak tylko się tylko da, poza wodą, domami na palach i lasem mangrowców nie ma tam nic. Po wiosce, między domami pływają łódki, te do połowów są duże i mają potężne silniki, spacerowe są łupinkami, mieszczącymi maksymalnie 2-3 osoby.

    Jezioro jest bardzo ważnym miejscem dla Kambodży. Jest ogromne, w środku pory deszczowej jego rozmiar osiąga 15tys km2. Jest też jednym z najzasobniejszych w ryby zbiorników na świecie, połowy z Tonle Sap stanowią spory procent produkcji żywności w kraju. Takich wiosek, jak ta w której byłem jest sporo. Nasza Kampong Phluk jest nieco oddalona od Siem Reap, jest też największa w okolicy. Turystów poza nami prawie nie było, miła niespodzianka po świątyniach Angkoru.

    Domy na wodzie

    Laptopy i białe koszule

    Powyższe fotki to dopiero początek wioski, później było jeszcze ciekawiej. Ale o tym w następnej notce.

    Wioska Kampong Phluk, jezioro Tonle Sap, Kambodża, listopad 2012

  • Salsa kubańska

    Pokaz grupy tanecznej Amigos de Baile

    Mała zmiana klimatu dla odświeżenia głowy. Kilka dni temu miałem okazję obejrzeć ten pokaz, jest bardzo efektowny. Salsa kubańska to jest to!

    Jedną z tańczących jest Karolina, moja towarzyszka

    Warszawa, siedziba Salsa Libre, Solec

  • 216 smutnych uśmiechów Bayon

    Twarze Bayon

    To była ostatnia świątynia którą zwiedzaliśmy tego dnia. Byliśmy głodni i zmęczeni, brudni i mokrzy.

    Mieliśmy dosyć.

    Teraz tego żałuję, nie poruszyła mnie ta świątynia a powinna, to magiczne miejsce. Bayon jest centrum Angkor Thom, wybudowano ją w geometrycznym środku miasta, jako ostatnią budowlę. 54 wieże, na nich 216 twarzy, prawdopodobnie podobizn króla który ją zbudował – Jayavarmana VII.

    Bayon potrafi wzbudzić silne uczucia, jesteśmy tak mali w porównaniu z wielkimi twarzami, tak krótko żyjemy, miliony takich jak my deptało posadzkę świątyni, miliony nadejdą a twarze będą w tym samym miejscu. Smutno a może szyderczo na nas patrząc. Będąc na miejscu tego nie poczułem, może byłem zbyt zmęczony, może za bardzo patrzyłem na świątynię przez obiektyw aparatu, zamiast własnymi oczami. Emocje przyszły później, podczas rozmowy o tym miejscu z Mają, podczas przeglądania zdjęć.

    Zdjęcia niestety nie są dobre, nie udało mi się oddać istoty tego miejsca. Szkoda, może następnym razem.

    Bayon od frontu

    Twarze

    Dziedziniec, świątynia jest poświęcona Buddzie

    A przed wejściem dwie małpy, resztka kokosa, przewrócony kosz i liść

    Angkor Thom, Kambodża, listopad 2012

  • Ludzie jeziora Tonle Sap

    Kąpiel w fioletowych rękawiczkach

    Dzisiaj krótko i treściwie, ludzie jeziora Tonle Sap. O wiosce na jeziorze wkrótce napiszę.

    Rybackie manewry

    Z rowerem po grobli maszerował w ważnych sprawach

    Jezioro Tonle Sap, Kambodża, listopad 2012

  • Dzisiaj padał śnieg więc będzie o nałożnicach

    Popatrz w dół a zobaczysz niebo

    Dzisiaj padał śnieg. Pierwszy taki, początek prawdziwej zimy w Warszawie. Nie to, żeby nie lubię, śnieg bywa piękny, zwłaszcza w górach, na nartach, kiedy pada z góry wielkimi płatkami i mogę szusować po stokach. Taki śnieg lubię, w mieście niekoniecznie. Choć w sumie, niech sobie pada, byle daleko.

    Dla równowagi, w dniu z którego pochodzą fotki do niniejszej notki było gorąco, bardzo gorąco. Może 35oC, jakieś 40 stopni więcej niż dzisiaj rano. Taki upał, zwłaszcza kiedy się leci z zimowej Europy bywa bardzo trudny, człowiek się poci, puchnie i w ogóle wygląda nieszczególnie. Samoloty są jak teleporty, człowiek w ciągu kilku godzin może znaleźć się na krańcu świata – to wpływa na nasze organizmy bardzo mocno. Na zdjęciach z początku wyjazdu wszyscy wyglądamy jak nadmuchani, takie małe ludziki Michelin. A w sumie schudłem, na diecie złożonej z ryżu, warzyw i ryb trudno inaczej. Ostatnio ważyłem tak mało chyba w liceum, jakieś 73,5 kilo, mały bonus z wyjazdu.

    Ale miało być o nałożnicach, także dla rozgrzania atmosfery. Tego dnia zwiedzaliśmy Angkor Thom, to wielki (9km2), ogrodzony teren miejski, z Pałacem Królewskim i świątynią Bajon pośrodku. Gdzieś pomiędzy tropikalną zielenią a sadzawkami natrafiliśmy na świątynię Phimeanakas:

    Świątynia Phimeanakas, wygląda niesamowicie, prawda?

    Usiedliśmy przed frontem, ledwo żywi, nie chciało nam się wchodzić na górę, byliśmy za bardzo zmęczeni upałem. Maja, w nagłym przypływie energii wyciągnęła przewodnik, znalazła opis i zaczęła czytać, coraz bardziej zaciekawionym głosem. Phimeanakas było świątynią poświęconą kobiecie-wężowi Nāga i zarazem domem nałożnic. Król przychodził tam co noc, jego przywilejem i obowiązkiem było spędzenie pierwszej części nocy z kobietą reprezentującą boginię Nāga. Na resztę nocy mógł wrócić do swojej królowej, jeżeli natomiast by się nie pojawił jego dni były policzone a kataklizm miał uderzyć i zniszczyć jego ziemię. Chcąc, nie chcąc …dobrze być królem. Ale nawet król ma obowiązki, ważne i potrzebne. I niektóre polegają na leżeniu, czasem nad, czasem pod. Zależne od upodobań.

    Zdewastowany przez rabunek posąg lwa

    Wierzchołek świątyni Phimeanakas, nałożnic nie znalazłem a szukałem dokładnie

    Idąc dalej, niedaleko znajduje się Baphuon, świątynia będąca zarazem Pałacem Królewskim. Miejsce jest ogromne, imponujące i otoczone intensywną zielenią – wygląda niesamowicie. Nie można niestety było wejść do środka, Khmerowie prowadzą prace renowacyjne.

    Otoczony murem i zielenią Baphuon

    Przed Pałacem Baphuon złapała nas krótka ulewa tropikalna, deszcz był gorący i bardzo intensywny. Deszcze w tropikach nie chłodzą, jest tylko bardziej mokro

    Schowaliśmy się pod estakadą

    Widok na Baphuon od strony świątyni Bajon

    Na zakończenia odwiedziliśmy jeszcze małą świątynię buddyjską, mnich na zdjęciu uczył nas składać hołd Buddzie – bardzo pozytywne chwile tam spędziliśmy

    I pojechaliśmy dalej …

    Angkor Thom, Kambodża, listopad 2012

  • 1000 lat kamiennej twarzy

    Kamienna twarz, świątynia Thommanon

    Wracam do świątyń, trochę ich mam do pokazania. Dzisiaj trzy, mniejsze i skromniejsze: Ta Keo, Chau Say Tevoda oraz Thommanon. Wszystkie trzy są z podobnego okresu, powstawały mniej więcej w okresie początków Państwa Polskiego. Już wtedy cywilizacja Khmerska była bardzo rozwinięta, powstawały świątynie do których budowy zatrudniano po 80 tys. ludzi, zdobywano nowe tereny, rodziło się Imperium Angkoru. Imperium przetrwało około 600 lat, aż do XIV wieku, ostateczny upadek spowodowały najazdy Tajów.

    Jest coś naprawdę magicznego w chodzeniu po kamieniach układanych przez tysiące robotników 1000 lat temu. Po kamieniach w które wsiąkał ich pot, krew i łzy, po których później chodzili królowie. Tak :)

    Ta Keo, pierwotnie zwana „Górą o złotych wierzchołkach”

    Schody. Co ciekawe, schody w świątyniach angkorskich są zazwyczaj bardzo wąskie i wysokie. Wchodzenie jest trudne, schodzenie tym bardziej. Ciekawe jak sobie radzili ich pierwsi użytkownicy, zapewne odsetek wypadków był znaczny

    Dary przed kapliczką Buddy

    1000 lat, naprawdę :)

    Małe stosiki kamieni. W buddyźmie układanie takich stosów to jeden ze sposobów modlitwy, obok młynków i flag modlitewnych

    Pomarańczowa wspinaczka pod górę

    Zejście gęsiego. Zwróćcie uwagę na wysokość stopni, to rozmiar całej łydki

    Opuszczamy Ta Keo, jedziemy dalej do dwóch małych świątyń niedaleko fosy Angkor Thom

    Świątynia Chau Say Tevoda

    Kapliczka Buddy w środku. To zdjęcie już wrzuciłem na fejsa, bardzo mi się podobał klimat tego miejsca

    Mnisi na spacerze. W ogóle mnisi buddyjscy bardzo pasują do świątyń Angkorskich, zarówno ze względów religijnych, co oczywiste ale też ich pomarańczowe stroje wspaniale kontrastują z szarością kamieni. Ktoś z naszej grupy pytał się o czerwony kolor, kiedyś oznaczał wyższy stopień wtajemniczenia – teraz jest po prostu kwestią wyboru.

    Turyści się rozleźli ;) W tym miejscu spotkałem mówiącego trochę po polsku Ukraińca, mieszkającego w Australii. Był w Zakopanem za młodu, zwiedza świat, bardzo pozytywny gość :)

    Na koniec świątynia Thommanon

    Nie wiem co to ale ładne ;)

    Thommanon jest popularnym miejscem na przyjęcia, właśnie trwały przygotowania do jednego

    Płaskorzeźby te same co w innych świątyniach. Tylko w jednej z nich widziałem męskie postacie

    Na koniec, czego nie można robić w toalecie. Interesujący jest zwłaszcza zakaz brania prysznica ;)

    Świątynie Thommanon, Ta Keo i Chau Say Tevoda, Kambodża, listopad 2012

  • Targ spożywczy w Siem Reap

    Zostawmy na chwilę świątynie Angkor Wat, ileż można o mchu i kamieniach. Pojedźmy na zakupy na targ do centrum Siem Reap.

    Jazda skuterem, z fasonem, całą rodziną. Proszę się przyjrzeć i dobrze policzyć, na skuterze zmieściło się 6 osób :)

    Dojeżdżamy zatem na miejsce, pierwsze co nas wita to zapachy. Bardziej intensywne niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy, zarówno te piękne jak i te bardzo złe. Mijamy część zewnętrzną, tam są same pierdoły dla turystów, wchodzimy w głąb, w ciemność, a tam:

    Małe zamieszanie przy stoisku z jajkami

    Owoców zatrzęsienie

    Pani Kim stojąc w przejściu sprawdza fejsa

    Doglądanie świeżych ziół

    Lunch break

    Wypatroszone indyki nie wzbudzają zainteresowania

    Pani Somaly patroszy ryby w zastraszającym tempie

    Ryby, krewetki i inne skorupiaki

    Siem Reap, Kambodża, listopad 2012

  • O seksownych udach Angeliny Jolie w miejscu zwanym Ta Prohm

    Posąg obrósł mchem zielonym

    Świątynia Ta Prohm. Cała notka o niej, zdjęć też dużo bo miejsce niezwykłe. Miejsce słynne i znane, rozsławione setkami takich samych zdjęć, także filmem Tomb Raider z jakże seksowną Larą Croft vel Angelina Jolie, latającą z pistoletami przytroczonymi na kształtnych biodrach po okolicy. No dobra, trochę się nabijam ale miejsce jest niesamowite. Bardzo, bardzo zniszczona kupa kamieni, więcej niż połowa świątyni jest zawalona. I te drzewa które wyrastają malowniczo z gruzów, obrastają każdy kawałek wolnej przestrzeni, otaczają budynki swoimi pędami o kształcie naczyń krwionośnych. Niezwykłe miejsce.

    Okno, widok poziomy …

    … oraz równie ciekawy pionowy

    Przyjechaliśmy tam rano, tego dnia o świcie oglądaliśmy wschód nad Angkor Wat, więc do świątyni dotarliśmy już koło godziny 8. I to był strzał w dziesiątkę, jeszcze nie było tyle ludzi a światło poranka już przebijało się zuchwale przez drzewa. Bardzo dobry moment na zdjęcia. I tak jak Angkor Wat mnie nieco rozczarował to Ta Prohm zachwyciła, latałem jak głupi focąc każdy, obrośnięty mchem kamień, jeden po drugim. Polecam, uczucie bliskie orgazmowi ;)

    Pierwsze wrażenia były średnie, świątynia od frontu jest intensywnie remontowana

    Za to dalej już dużo lepiej …

    … i jeszcze lepiej

    Portal obrośnięty mchem

    Dziedziniec

    W którymś momencie zauważyliśmy ukryte wejście, co prawda z tablicą mówiącą o niebezpieczeństwie zawalenia – wchodzenie na własną odpowiedzialność ale to był strzał w dziesiątkę. Pusto i pięknie

    Nawet dało się wejść na dach. Ostrożnie, uważając, żeby niczego nie zniszczyć

    Kamienie, kamienie

    Więcej kamieni :)

    Niektóre fragmenty są kompletnie zawalone

    Niektóre przystosowane do zdjęć pamiątkowych ;)

    W środku, budując wioskę bawiły się dzieci

    Przebijające się z trudem przez drzewa słońce pieściło kamienie promieniami

    Na koniec jeszcze jedno drzewo obrastające dach budynku, niezwykłe są!

    Oraz obowiązkowa kapliczka

    Angkor Wat, świątynia Ta Prohm, Siem Reap, Kambodża, listopad 2012

  • O krowach oraz do czego służą łokcie i kolana na Phnom Bakheng

    Modny skuter, modne okulary oraz dwójka dzieci

    Angkor, Angkorem ale dzień się jeszcze nie skończył. Nieco wymęczeni największą świątynią, pokrzepiwszy się wodą (dużo wody pic trzeba, dużo) oraz lokalnymi papierosami Ara (0,5 USD za paczkę, nawet niezłe) połaziliśmy jeszcze trochę po okolicy, napotkawszy krowy i inne lokalne indywidua. Oraz zjawiska socjologiczne. Krowy jak krowy, wyglądały normalnie więc fotek wrzucać nie będę (choć mam) ale inne aspekty okolicy wielce ciekawe były.

    Tak więc napotkana została fosa Angkor Tom. Fosa jak fosa ale wielkości rzeki, ino o kwadratowym kształcie

    Mostów przez fosę pilnowały posągi, niektóre o marsowym i groźnym spojrzeniu

    Brzegiem tejże fosy przechadzały się bawoły indyjskie (z angielska zwane Asian water buffalo), całkiem przyjazne, znaczy nie atakowały

    Napotkany został także ślub. W zasadzie poślubna sesja fotograficzna. Pan Młody wyglądał na bardzo zakochanego, Panna Młoda na mocno znudzoną co za dobrze pożyciu nie wróży ale i tak życzę im jak najlepiej :)

    Jeżdżone było także na słoniu. My nie jeździliśmy ale zjawisko z boku jest równie ciekawe. Słonie jak wiadomo dzielą się na słonie bez zabudowy i słonie z zabudową, ten z fotki należy do kategorii drugiej

    A na koniec dnia zaplanowaliśmy widok zachodu słońca na wzgórzu świątynnym Phnom Bakheng. Tenże widok, jest obowiązkowym punktem wycieczki, wszystkie przewodniki polecają go jako „Must see!” i w ogóle. Także my, zobligowani słowem pisanym oraz opinią naszego kierowcy tuk-tuka zdecydowaliśmy się wdrapać na górę. Sama wycieczka nie była aż taka męcząca, znaczy nie bardziej niż wspinanie się na górę w 35 stopniowym upale i palącym słońcu, za to widok z góry zrekompensował nasze trudy i znoje. Zachodu nie stwierdzono, znaczy ciekawy nie był, za to zjawiska socjologiczne były pierwszej jakości. Mianowicie to „Must see!” jest zapisane w każdym przewodniu, łącznie z tymi napisanymi po japońsku. Na górę ciągną wszyscy, tłum dziki się wdrapuje, już na dwie godziny przed terminem. A na górze wiele miejsca nie ma więc wszyscy łażą sobie po stopach, głowach i pupach czyli po czym się da, rozpychając się łokciami i kolanami, może nawet gryząc zębami sąsiadów, próbując zająć jak najlepsze miejsce do obserwacji. Naprawdę, było bosko :)

    Widok z Phnom Bakheng na dżunglę

    Nawet Angkor Wat widać, tutaj w oparach czy innych dymach

    Wielkie czekanie wielu narodowości

    Niektórym trochę odwalało

    Ludzi wąż niekończący

    Pośrodku tłumu nieco zagubieni mnisi. Uczyłem ich kadrować zdjęcia, mam nadzieję, że od tego dnia mnich z aparatem nie będzie już ucinał kolegom mnichom nóżek. Albo rączek ;)

    Już za chwilę, już za momencik …

    A to najlepsze zdjęcie zachodu jakie udało mi się zrobić, chwilę później słońce skryło się za chmurą i tyle go widziano ;)

    Angkor Wat wzgórze Phnom Bakheng, Siem Reap, Kambodża, listopad 2012