• Słonie, bawoły, krowy i węże

    Angkor Wat w nieco innym wydaniu

    Po krótkiej wycieczce na jezioro wracam do kamieni, kilka jeszcze ich mam do pokazania. Dzisiaj dwie świątynie, Phe Rup i Eastern Mebon, obie mocno oddalone od głównego kompleksu Angkoru.
    Pierwsza z nich, Phe Rup wybudowana w X wieku i poświęcona hinduskiemu bogowi Sziwie, bardzo malowniczo położona, pośrodku intensywnie zielonej dżungli. Podobno piękne są też z niej zachody słońca a przy dobrej widoczności widać z tarasu świątyni wieże Angkor Wat. Nie widziałem zatem nie potwierdzę ale na pewno jest potencjał na piękny zachód słońca.

    Kamienne lwy pilnujące świątyni Phe Rup

    Kamienne i strome schody

    Jeszcze jeden lew na posterunku. Rzeźby lwów są bardzo pieczołowicie wykonane, sporo z nich obroniło się też przed rabunkową polityką poprzednich lat

    Mijając bawoły indyjskie jedziemy dalej

    Eastern Mebon, gdzie trawa z kamieniami i niebem się spotyka

    Eastern Mebon, także X wiek, poświęcona Sziwie. Świątynia jak świątynia, można by powiedzieć ale zaciekawiła mnie. Bardzo zniszczona, niektóre ściany stały tylko dlatego, że były podparte drewnianymi belkami. Dodatkowo były słonie, cztery posągi zwierząt prawie naturalnej wielkości na rogach budowli, pilnujące tarasu przed niebezpieczeństwami dżungli. Lubię słonie, nawet te kamienne.

    Słoń na posterunku

    Podparcie

    Buddyjski stosik modlitewny

    Bardzo zniszczony dziedziniec świątyni

    Na koniec młody pastuszek i jego krowy

    PS, żeby nie było, że tytuł nieadekwatny do notki, przynajmniej w kwestii węży, to tylko chciałem napisać, że węży nie napotkano :)

    Angkor, Kambodża, listopad 2012

  • Na wiosłach przez Kampong Phluk

    Wioska Kampong Phluk

    Płyniemy dalej, zbliżamy się do centrum wioski. Gdzieś po drodze zmieniamy łódkę, nasza, zaopatrzona w potężny silnik, jest za duża i za głośna żeby przepłynąć przez główną część zabudowań. Tutaj pływa się na wiosłach. Pod małą przystanią kręci się kilkanaście małych łódeczek, głównie prowadzonych przez kobiety, to mieszkanki wioski dla których te 5USD które płacimy to dodatkowy zarobek. Przesiadamy się, próbuję rozmawiać z Panią od łódki ale jej znajomość angielskiego kończy się na „Hi!”. Za to widok oszałamiający!

    Lokalne łódeczki

    Wpływamy do wioski

    Tak, widok był oszałamiający. Wioska Kampong Phluk jest czymś, z czym mi się zawsze Kojarzyła Kambodża. To miejsce jeszcze prawie nietknięte, przynajmniej nie za bardzo, przez zadeptujący wszystko przemysł turystyczny. Miejsce, w którym lokalni żyją tak jak żyli dziesięć, dwadzieścia a może sto czy dwieście lat temu. Miejsce, którego życie wyznaczają pory roku, monsuny, kierunek przepływu wody i kaprysy przyrody. Miejsce, w którym najważniejszą na świecie rzeczą jest ilość ryb które uda się złowić danego dnia.

    W centrum wioski romantycznie wyrosło drzewo

    Dzieci na progu

    Główna ulica (no, bardziej ciąg komunikacyjny). Jak widzicie wioska jest naprawdę spora

    Pływająca świątynia z wielką tubą. Łódka pływała od domu do domu, nadając pieśni religijne ze starego magnetofonu kasetowego

    Może nie było aż tak idyllicznie. W wiosce nie widać za dużo nowoczesnej cywilizacji ale turystów w sezonie jest pewnie sporo, świadczy o tym ilość łódek motorowych którymi można tutaj dopłynąć. Ale czuć, że wioska jest autentyczna, że mieszkańcy naprawdę w niej żyją, zajmując się głównie własnymi sprawami. Bałem się trochę, że trafimy do czegoś w rodzaju skansenu ale nie, tak nie jest. Naprawdę warto tam pojechać.

    Wypłynęliśmy z wioski i popływaliśmy jeszcze trochę przez las mangrowców. Mangrowce jak mangrowce, zielone i wystają z wody. Utknąłem kiedyś w takim lesie na dobę więc nie był dla mnie nowością. Ale ładnie było.

    Mangrowce

    Na koniec szybki lunch w tym razem już turystycznym domku na wodzie. Chyba najdroższy w Kambodży (8USD) ale całkiem przyzwoity. Pożegnaliśmy się z wioską. Jeszcze tylko rzut oka na zachód słońca nad główną częścią jeziora…

    … i wróciliśmy do Siem Reap.

    Wioska Kampong Phluk, jezioro Tonle Sap, Kambodża, listopad 2012

  • Kampong Phluk czyli Przystań Kłów

    Młoda mieszkanka Kampong Phluk

    Są takie miejsca na świecie, gdzie nie dotrze się żadnym, nawet najdroższym i najlepiej wyposażonym samochodem. Nie ma autostrady, żadnej drogi szybkiego ruchu, ba w ogóle żadna droga tam nie prowadzi. Samolotem czy helikopterem też nie można tam dotrzeć, nie ma gdzie wylądować. Jedyna opcja to łódka. Dzisiaj o takim miejscu, wiosce Kampong Phluk nad jeziorem Tonle Sap.

    W miejscu, do którego można dotrzeć drogą lądową wynajęliśmy łódkę, całe 15USD. Nasz kapitan miał może 15 lat ale całkiem nieźle sobie radził, nawet w drodze powrotnej, już po zachodzie słońca. Płynęliśmy dosyć długo, koło godziny, nieco już znużeni byliśmy, aż nagle zaczęły dookoła nas pojawiać się pierwsze domy na wodzie. Wrażenie jest niesamowite, miejsce jest odsunięte od cywilizacji tak daleko, jak tylko się tylko da, poza wodą, domami na palach i lasem mangrowców nie ma tam nic. Po wiosce, między domami pływają łódki, te do połowów są duże i mają potężne silniki, spacerowe są łupinkami, mieszczącymi maksymalnie 2-3 osoby.

    Jezioro jest bardzo ważnym miejscem dla Kambodży. Jest ogromne, w środku pory deszczowej jego rozmiar osiąga 15tys km2. Jest też jednym z najzasobniejszych w ryby zbiorników na świecie, połowy z Tonle Sap stanowią spory procent produkcji żywności w kraju. Takich wiosek, jak ta w której byłem jest sporo. Nasza Kampong Phluk jest nieco oddalona od Siem Reap, jest też największa w okolicy. Turystów poza nami prawie nie było, miła niespodzianka po świątyniach Angkoru.

    Domy na wodzie

    Laptopy i białe koszule

    Powyższe fotki to dopiero początek wioski, później było jeszcze ciekawiej. Ale o tym w następnej notce.

    Wioska Kampong Phluk, jezioro Tonle Sap, Kambodża, listopad 2012

  • Salsa kubańska

    Pokaz grupy tanecznej Amigos de Baile

    Mała zmiana klimatu dla odświeżenia głowy. Kilka dni temu miałem okazję obejrzeć ten pokaz, jest bardzo efektowny. Salsa kubańska to jest to!

    Jedną z tańczących jest Karolina, moja towarzyszka

    Warszawa, siedziba Salsa Libre, Solec

  • 216 smutnych uśmiechów Bayon

    Twarze Bayon

    To była ostatnia świątynia którą zwiedzaliśmy tego dnia. Byliśmy głodni i zmęczeni, brudni i mokrzy.

    Mieliśmy dosyć.

    Teraz tego żałuję, nie poruszyła mnie ta świątynia a powinna, to magiczne miejsce. Bayon jest centrum Angkor Thom, wybudowano ją w geometrycznym środku miasta, jako ostatnią budowlę. 54 wieże, na nich 216 twarzy, prawdopodobnie podobizn króla który ją zbudował – Jayavarmana VII.

    Bayon potrafi wzbudzić silne uczucia, jesteśmy tak mali w porównaniu z wielkimi twarzami, tak krótko żyjemy, miliony takich jak my deptało posadzkę świątyni, miliony nadejdą a twarze będą w tym samym miejscu. Smutno a może szyderczo na nas patrząc. Będąc na miejscu tego nie poczułem, może byłem zbyt zmęczony, może za bardzo patrzyłem na świątynię przez obiektyw aparatu, zamiast własnymi oczami. Emocje przyszły później, podczas rozmowy o tym miejscu z Mają, podczas przeglądania zdjęć.

    Zdjęcia niestety nie są dobre, nie udało mi się oddać istoty tego miejsca. Szkoda, może następnym razem.

    Bayon od frontu

    Twarze

    Dziedziniec, świątynia jest poświęcona Buddzie

    A przed wejściem dwie małpy, resztka kokosa, przewrócony kosz i liść

    Angkor Thom, Kambodża, listopad 2012

  • Ludzie jeziora Tonle Sap

    Kąpiel w fioletowych rękawiczkach

    Dzisiaj krótko i treściwie, ludzie jeziora Tonle Sap. O wiosce na jeziorze wkrótce napiszę.

    Rybackie manewry

    Z rowerem po grobli maszerował w ważnych sprawach

    Jezioro Tonle Sap, Kambodża, listopad 2012

  • Dzisiaj padał śnieg więc będzie o nałożnicach

    Popatrz w dół a zobaczysz niebo

    Dzisiaj padał śnieg. Pierwszy taki, początek prawdziwej zimy w Warszawie. Nie to, żeby nie lubię, śnieg bywa piękny, zwłaszcza w górach, na nartach, kiedy pada z góry wielkimi płatkami i mogę szusować po stokach. Taki śnieg lubię, w mieście niekoniecznie. Choć w sumie, niech sobie pada, byle daleko.

    Dla równowagi, w dniu z którego pochodzą fotki do niniejszej notki było gorąco, bardzo gorąco. Może 35oC, jakieś 40 stopni więcej niż dzisiaj rano. Taki upał, zwłaszcza kiedy się leci z zimowej Europy bywa bardzo trudny, człowiek się poci, puchnie i w ogóle wygląda nieszczególnie. Samoloty są jak teleporty, człowiek w ciągu kilku godzin może znaleźć się na krańcu świata – to wpływa na nasze organizmy bardzo mocno. Na zdjęciach z początku wyjazdu wszyscy wyglądamy jak nadmuchani, takie małe ludziki Michelin. A w sumie schudłem, na diecie złożonej z ryżu, warzyw i ryb trudno inaczej. Ostatnio ważyłem tak mało chyba w liceum, jakieś 73,5 kilo, mały bonus z wyjazdu.

    Ale miało być o nałożnicach, także dla rozgrzania atmosfery. Tego dnia zwiedzaliśmy Angkor Thom, to wielki (9km2), ogrodzony teren miejski, z Pałacem Królewskim i świątynią Bajon pośrodku. Gdzieś pomiędzy tropikalną zielenią a sadzawkami natrafiliśmy na świątynię Phimeanakas:

    Świątynia Phimeanakas, wygląda niesamowicie, prawda?

    Usiedliśmy przed frontem, ledwo żywi, nie chciało nam się wchodzić na górę, byliśmy za bardzo zmęczeni upałem. Maja, w nagłym przypływie energii wyciągnęła przewodnik, znalazła opis i zaczęła czytać, coraz bardziej zaciekawionym głosem. Phimeanakas było świątynią poświęconą kobiecie-wężowi Nāga i zarazem domem nałożnic. Król przychodził tam co noc, jego przywilejem i obowiązkiem było spędzenie pierwszej części nocy z kobietą reprezentującą boginię Nāga. Na resztę nocy mógł wrócić do swojej królowej, jeżeli natomiast by się nie pojawił jego dni były policzone a kataklizm miał uderzyć i zniszczyć jego ziemię. Chcąc, nie chcąc …dobrze być królem. Ale nawet król ma obowiązki, ważne i potrzebne. I niektóre polegają na leżeniu, czasem nad, czasem pod. Zależne od upodobań.

    Zdewastowany przez rabunek posąg lwa

    Wierzchołek świątyni Phimeanakas, nałożnic nie znalazłem a szukałem dokładnie

    Idąc dalej, niedaleko znajduje się Baphuon, świątynia będąca zarazem Pałacem Królewskim. Miejsce jest ogromne, imponujące i otoczone intensywną zielenią – wygląda niesamowicie. Nie można niestety było wejść do środka, Khmerowie prowadzą prace renowacyjne.

    Otoczony murem i zielenią Baphuon

    Przed Pałacem Baphuon złapała nas krótka ulewa tropikalna, deszcz był gorący i bardzo intensywny. Deszcze w tropikach nie chłodzą, jest tylko bardziej mokro

    Schowaliśmy się pod estakadą

    Widok na Baphuon od strony świątyni Bajon

    Na zakończenia odwiedziliśmy jeszcze małą świątynię buddyjską, mnich na zdjęciu uczył nas składać hołd Buddzie – bardzo pozytywne chwile tam spędziliśmy

    I pojechaliśmy dalej …

    Angkor Thom, Kambodża, listopad 2012

  • 1000 lat kamiennej twarzy

    Kamienna twarz, świątynia Thommanon

    Wracam do świątyń, trochę ich mam do pokazania. Dzisiaj trzy, mniejsze i skromniejsze: Ta Keo, Chau Say Tevoda oraz Thommanon. Wszystkie trzy są z podobnego okresu, powstawały mniej więcej w okresie początków Państwa Polskiego. Już wtedy cywilizacja Khmerska była bardzo rozwinięta, powstawały świątynie do których budowy zatrudniano po 80 tys. ludzi, zdobywano nowe tereny, rodziło się Imperium Angkoru. Imperium przetrwało około 600 lat, aż do XIV wieku, ostateczny upadek spowodowały najazdy Tajów.

    Jest coś naprawdę magicznego w chodzeniu po kamieniach układanych przez tysiące robotników 1000 lat temu. Po kamieniach w które wsiąkał ich pot, krew i łzy, po których później chodzili królowie. Tak :)

    Ta Keo, pierwotnie zwana „Górą o złotych wierzchołkach”

    Schody. Co ciekawe, schody w świątyniach angkorskich są zazwyczaj bardzo wąskie i wysokie. Wchodzenie jest trudne, schodzenie tym bardziej. Ciekawe jak sobie radzili ich pierwsi użytkownicy, zapewne odsetek wypadków był znaczny

    Dary przed kapliczką Buddy

    1000 lat, naprawdę :)

    Małe stosiki kamieni. W buddyźmie układanie takich stosów to jeden ze sposobów modlitwy, obok młynków i flag modlitewnych

    Pomarańczowa wspinaczka pod górę

    Zejście gęsiego. Zwróćcie uwagę na wysokość stopni, to rozmiar całej łydki

    Opuszczamy Ta Keo, jedziemy dalej do dwóch małych świątyń niedaleko fosy Angkor Thom

    Świątynia Chau Say Tevoda

    Kapliczka Buddy w środku. To zdjęcie już wrzuciłem na fejsa, bardzo mi się podobał klimat tego miejsca

    Mnisi na spacerze. W ogóle mnisi buddyjscy bardzo pasują do świątyń Angkorskich, zarówno ze względów religijnych, co oczywiste ale też ich pomarańczowe stroje wspaniale kontrastują z szarością kamieni. Ktoś z naszej grupy pytał się o czerwony kolor, kiedyś oznaczał wyższy stopień wtajemniczenia – teraz jest po prostu kwestią wyboru.

    Turyści się rozleźli ;) W tym miejscu spotkałem mówiącego trochę po polsku Ukraińca, mieszkającego w Australii. Był w Zakopanem za młodu, zwiedza świat, bardzo pozytywny gość :)

    Na koniec świątynia Thommanon

    Nie wiem co to ale ładne ;)

    Thommanon jest popularnym miejscem na przyjęcia, właśnie trwały przygotowania do jednego

    Płaskorzeźby te same co w innych świątyniach. Tylko w jednej z nich widziałem męskie postacie

    Na koniec, czego nie można robić w toalecie. Interesujący jest zwłaszcza zakaz brania prysznica ;)

    Świątynie Thommanon, Ta Keo i Chau Say Tevoda, Kambodża, listopad 2012

  • Targ spożywczy w Siem Reap

    Zostawmy na chwilę świątynie Angkor Wat, ileż można o mchu i kamieniach. Pojedźmy na zakupy na targ do centrum Siem Reap.

    Jazda skuterem, z fasonem, całą rodziną. Proszę się przyjrzeć i dobrze policzyć, na skuterze zmieściło się 6 osób :)

    Dojeżdżamy zatem na miejsce, pierwsze co nas wita to zapachy. Bardziej intensywne niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy, zarówno te piękne jak i te bardzo złe. Mijamy część zewnętrzną, tam są same pierdoły dla turystów, wchodzimy w głąb, w ciemność, a tam:

    Małe zamieszanie przy stoisku z jajkami

    Owoców zatrzęsienie

    Pani Kim stojąc w przejściu sprawdza fejsa

    Doglądanie świeżych ziół

    Lunch break

    Wypatroszone indyki nie wzbudzają zainteresowania

    Pani Somaly patroszy ryby w zastraszającym tempie

    Ryby, krewetki i inne skorupiaki

    Siem Reap, Kambodża, listopad 2012