• Tymczasem w Krakowie …

    Maluch o zacięciu hippisowskim

    Śledź i piwo

    Kawa i papierosy

    Anteny trzy, rowery dwa

    Polska. Tyskie.

    Zamkniete ślady miłości na moście

    Kościół św. Józefa na Podgórzu

    Także Podgórze

    Rzut oka na peryferia

    Ekrany historyczne

    Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku

    Kraków, 8-9 czerwca 2012

  • Fontanny w Parku Fontann

    W ramach powróconego lata, Fontanny w Parku Fontann

    Nie mogło zabraknąć elementów związanych z EURO

    Kolory, dużo kolorów :)

    Park Fontann, Podzamcze – Stare Miasto, Warszawa

  • Była MOC! :) EURO UEFA 2012 , Polska-Rosja

    BYŁA MOC!
    Był mecz, była Strefa Kibiców, było 100 tys ludzi, było głośno, czasem smutno a czasem euforycznie i wesoło.

    Tym razem zdjęcia pożyczonym aparatem, małą małpką Canona. Maciek, dziękuję za pożyczenie :)

    Strefa Kibica Warszawa | Warsaw Fanzone

    Kibice dwukolorowi

    Nawet akcent meksykański się pojawił :)

    Oczekiwanie na mecz

    Strefa Kibica choć nieco festyniarska jest duża i dobrze zorganizowana

    Polskaaa, białoczerwoni :)

    Chwila konsternacji, Rosja zdobywa gola …

    … ale doping nie słabnie :) …

    … oraz wyczekiwane wyrównanie, 1:1. Piękna bramka.

    Muszę się przyznać, nie oglądałem piłki nożnej wiele lat. Ale to było naprawdę COŚ, były EMOCJE i była MOC! I naprawdę dobra piłka :) Wszystkim, wszystkim bardzo polecam!

    EURO 2012 UEFA Warszawa, mecz Polska-Rosja, 12 czerwca 2012
    EURO 2012 UEFA Warsaw, Poland-Russia Match, 12 June 2012

    PS. Szkoda tylko i smutno, że mecz spowodował rozruchy w mieście. Cóż, nie każdy potrafi zrozumieć ideę sportowego i tylko sportowego współzawodnictwa …

  • Parada Równości 2012

    Pogoda w kratkę ale impreza jak zwykle dobra, kolorowo i wesoło :)

    Parada Równości 2012 | Equality Parade 2012
    Warszawa | Warsaw 2.06.2012

  • Muzyka Końca Lata

    Kilka fotek z koncertu Muzyki Końca Lata w warszawskim Cudzie nad Wisłą. Świetny koncert, fajne miejsce, to była zdecydowanie dobra sobota :) A jak grają można posłuchać na przykład tutaj :)

    Warszawa, Cud nad Wisłą, Muzyka Końca Lata, 26.05.2012

  • Rum punch, caribbean style

    Le Marin

    Publikowałem ostatnio inne fotki a niedokończona relacja z Karaibów niecierpliwie czekała w kolejce. Już się poprawiam :)

    Marina

    Tak naprawdę niewiele mogę napisać o Martynice. Byłem już na niej kilka razy, ale zawsze, tak jak Paryż, traktowałem ją jako punkt przesiadkowy. Takie miejsce w którym zwiedza się lotniska, jeździ busem za 56 euro do Le Marin, w hipermarkecie Carrefour kupuje żarcie na dwa tygodnie (nie mówiąc o winie) oraz zwiedza knajpy i koniecznie prysznice. Miejsce które kojarzy się albo ze zmęczeniem podróżą i jet-lagiem lub ostatnimi godzinami pobytu na pięknych Karaibach, przed powrotem do Europy. Zatem, za dobrze się nie kojarzy. Prawdopodobnie niesłusznie, to całkiem ładna wyspa, taka przynajmniej wydaje się być z morza, oferuje dobre jedzenie i pewnie kilka fajnych rzeczy do zwiedzania. Cóż, może kiedyś odkryję jej uroki :)

    My dopłynęliśmy na miejsce nad ranem. Cumowanie łódki, pakowanie, upragniony prysznic, ostatnia ryba w lokalnej, portowej knajpie, zakupy…

    Jeszcze jeden widok na port, ze wzgórza

    Choć otoczone palmami ale bloki całkiem europejskie

    Warsztat stolarski na świeżym powietrzu

    Rogów okupacja

    Mural

    W tym klimacie szyby zazwyczaj są zbędne

    Katamarany. Ten metalowy pal to mocowanie pomostu przy pływach. Pomost jest pływający, podnosi się podczas przypływu i opada przy niskiej wodzie. Inaczej łódki zawisałyby na linach :)

    Fort-de-France airport, jak przystało z aleją palm :)

    I to już koniec relacji. Ten rejs był inny niż wszystkie dotychczasowe, choć miał swoje bardzo dobre momenty, miał i bardzo złe. Niemniej sterowanie jachtem na wachtach nocnych było jak zawsze niesamowite, wtedy czuję, że żyję, najpełniej jak się da. A to fajne uczucie.

    Na zakończenie załączam przepis na „Rum Punch’a”, najpopularniejszego lokalnego drinka. Długo testowałem różne kombinacje przepisów, poniższy jest najbliższy smakowi którego pamiętam.

    Rum punch, caribbean style :)

    3 szklanki rumu (bialy lub brązowy)
    3 szklanki soku ananasowego (bez dodatku cukru)
    1 szklanka soku pomarańczowego (bez dodatku cukru)
    1 szklanka soku z limonki (można dostać w butelce)
    3/4 szklanki grenadiny (zagęszczony sok z granatów)

    Mieszamy wszystko i wlewamy do szklanek z dużą ilością lodu. Na końcu dodajemy trochę sproszkowanej gałki muszkatułowej.

    Ma słodko, kwaśny, orzeźwiąjacy smak. Kac gwarantowany … ;)

    Enjoy!

  • Spacerem po Krakowie

    Kalosze cztery okwiecone

    Zapiekanki na Kazimierzu cieszą się niezmiennym powodzeniem

    Lewe okno naukowe

    Reklama wielkoformatowa się rozpanoszyła, czasem nawet w powietrze się wzbija

    Uczucie na Wawelskiej trawie

    Most Grunwaldzki. I Like It :)

    Wieże Wawelu wyłaniają się z krzaków nieśmiało

    Skałki Twardowskiego …

    … i z nich panorama Krakowa

    Przejażdżka rykszą po centrum, prawie jak w Indiach ;)

    Wieża Mariacka ze świetlika muzeum pod Rynkiem

    I na koniec, niezmiennie ciesząca turystów głowa w głowie ;)

  • Battle of the Nations 2012

    Z maja początkiem, Fort Bema, z dawien cichy i opuszczony rozbrzmiewać począł gwarem rycerskich turniejów i ruchawek.

    Bitwa Narodów, z anglosaska zwana Battle of the Nations się rozpoczęła!!!

    Z przodku wojowie i rycerstwo jeden na jeden stawali

    Bywało, iż walki okrutne były

    Chaszcza dopisała z kretesem

    Harce w większym gronie bywały, Ukrainiec z Ruskiem wojują

    Takoż dwóch na jednego bywało

    Zakutych łbów mrowie zjechało …

    … pieszo, konno i konnych ;)

    Białogłowy urodziwe dopisały …

    … a ówczesny sposób na nie był propagowany ;)

    Sympatyi okazywanie …

    … oraz skutki tychże sympatyji przez woja w koszu noszone ;)

    Strawa się warzyła i strudzonych wędrowców pokrzepiała

    Białogłowy w białych czepcach shopping uprawiały

    Natenczas konnych potyczek czas nastał

    W turniej stanęli

    Dzielnie walczyli

    Końcówki kopii na zbrojach się kruszyły …

    … a ranni poczywali

    Rycerze dobre serca mieli i pojednanie w duszy

    Amerykańscy wojowie powiew nowoczesności wnieśli …

    … oraz saraceńską z urody białogłowę doprowadzili

    Na koniec wielka ruchawka się zaczęła, bitwa wszech rycerstwa

    Wielką wiktoryję Ruś zdobyła

    A na polu jeno żelastwo się ostało …

  • 30hr Atlantic Ride

    Bezwład kolorowy

    Wracaliśmy już. Do przepłynięcia został ostatni odcinek, około 120 mil morskich w linii prostej, jakieś 140 realnie czyli około 255 kilometrów – całkiem spory kawałek jak na jeden przelot.

    Musieliśmy tylko zatankować wodę i znowu pewien francuz zrobił nas w jajo. Podpłynęliśmy wieczorem do stacji benzynowej w marinie na Gwadelupie i zaczęliśmy tankować wodę wężem do zbiornika. Poszedłem poszukać kogoś z obsługi żeby zapłacić, pojawił się jakiś gość i pyta czy ropę też chcemy. Ropy nie chcieliśmy, mówię mu, że potrzebujemy tylko wody, nie mamy nic. Francuz do mnie „Ok, ok” i poszedł sobie. No dobra, pewnie wróci za chwilę po pieniądze. Nie wrócił a woda po kilku minutach przestała lecieć. Więc poszedłem go poszukać a tu gościa nie ma, budynek stacji zamknięty a furtka przez którą się wychodzi ze stacji na brzeg z wielką kłódką. Po prostu wyłączył pompę i poszedł do domu, mając nasz w przysłowiowej dupie. Było już późno, nie mieliśmy szans zatankować w samej marinie a czekało nas co najmniej 24h na morzu. Nie mogliśmy też poczekać do rana, mogliśmy się spóźnić na samolot. Więc nie było innej opcji, popłynęliśmy bez wody (mieliśmy tylko pitną w butelkach).

    Radosna Ania za sterem

    Atlantyk z lewej

    Atlantyk z prawej. Nie mówiąc o klamerkach ;)

    140 mil to nie jest może aż tak bardzo dużo ale wiatr zdechł, połowę drogi płynęliśmy na silniku. Licząc na zmianę warunków zdecydowaliśmy płynąc od strony nawietrznej wysp, po Atlantyku. Rozwiało się w końcu ale dopiero po dobie, w sumie ostatni odcinek zajął nam 30 godzin. Przy takich dłuższych przelotach człowiek wpada w rytm życia według wacht. 3 godziny aktywności, sterowania, zabawy z żaglami i nawigacją, 6 godzin na odpoczynek, w nocy sen, w dzień drzemka, gadanie o pierdołach czy nic-nie-robienie. Bardziej ambitni mogą trochę poczytać ale to też się w końcu nudzi. I znowu 3 godziny wachty. Takie pływanie niesamowicie odpręża, dookoła nie ma nic poza oceanem, jacht tnie falę za falą, nic się nie zmienia poza powoli upływającymi minutami. Bardzo mnie to odpręża.

    Trochę żeglowania

    Płyniemy więc sobie, leniwie, gadając sam nie wiem o czym. Poszedłem na rufę zapalić papierosa, patrzę na morze i nagle, może 300 metrów od nas coś wielkiego wyskakuje z wody, przez chwilę zawisa w powietrzu i spada do niej z wielkim hukiem i rozbryzgiem piany. Wieloryb!!! Widziałem je po raz pierwszy w życiu, wyskoczył z wody trzy razy, po trzecim poleciałem po aparat ale już niestety się nie pojawił. Naprawdę był fajny, w powietrzu obracał się tak że było widać płetwy. Piękny!

    Jeszcze trochę oceanu

    Rano drugiego dnia była już Martynika a w niej marina, upragniony prysznic i ostatnie zakupy przed powrotem do domu…