• Jak tańczylismy w Santiago

    Kuba, dzień 9

    Po szybkim, serowym śniadaniu bo jak pisałem wczoraj w Bayamo nic innego do jedzenia nie było i krótkim spacerze po mieście wpakowaliśmy graty do plecaka, plecak do samochodu i w drogę. Cel to Santiago de Cuba, miejsce słynące z muzyki i tańca.

    Po drodze zatrzymaliśmy się w Sanktuarium Matki Boskiej w El Cobre – najważniejszym miejscu katolików na wyspie. Miejsce jest tłumnie oblegane przez pielgrzymów i bardzo ładnie położone na wzgórzu otoczonym małymi, intensywnie zielonymi górami. Ciekawy jest zwyczaj zostawiania przez pielgrzymów bukietów słoneczników i karteczek z prośbami i podziękowaniami owiniętymi dookoła świec. Jeżeli przypadkiem zapomniałeś z domu słonecznika, nie ma problemu, można go dostać od tłumnie kłębiących się sprzedawców po drodze.

    Sanktuarium

    I okolice

    Później już Santiago. Nawigacja po mieście bez problemu, trafiliśmy do naszego noclegu natychmiast i bez błądzenia – byliśmy w tym coraz lepsi. Krótki prysznic i w miasto, a jest warte oglądania. Jest bardzo duże, drugie co do liczby mieszkańców na wyspie – prawie pół miliona. Otacza zatokę, ma całkiem spory port, ładne centrum na wzgórzach i satelitarne dzielnice mieszkalne. Jest też bardzo, bardzo zatłoczone, ulice są spowite kłębami spalin – aż ciężko się oddycha. Jeszcze napiszę o ekologii na Kubie, na razie roboczo przyjmiemy, że w temacie transportu to takowa nie istnieje. 99% samochodów, zwłaszcza ciężarówek, w Europie nigdy by nie przeszło przeglądu technicznego, czasem nie widać ulicy w czarnej chmurze wydobywającej się z rur wydechowych. Centrum miasta jest bardzo ładne, począwszy od monumentalnej katedry na głównym placu miasta, poprzez strome uliczki w stronę portu aż po dalej położoną, monumentalną i górującą nad wejściem do zatoki twierdzę Castillo de San Pedro de la Roca.

    Santiago, wersja turystyczna
    i mniej…

    Do twierdzy trafiliśmy przed zachodem słońca, akurat na ceremonię wystrzału armatniego. Częściowo żeńska i atrakcyjna ekipa ubrana w stare mundury ładowała to działo z pół godziny, natomiast wystrzał był raczej mało efektowny. Cichy, bezdymny huk i skromny plusk wody kilkaset metrów dalej. Jakby w takim tempie bronili wejścia do portu, to wpłynęła by do niego zapewne cała armada ale jako przejaw tradycji sprawdza się nieźle.

    Zamek Castillo de San Pedro de la Roca i zatoka

    Ekipa od bombardowania

    Ludzie w Santiago są bardzo mili, nawet taksówkarze, ten wiozący nas z zamku pojechał z powrotem inną trasą tylko po to, żeby pokazać nam widok na zatokę.

    Widok na katedrę z dachu

    Kubańczycy grajacy w szachy

    Późnej były krewetki, dużo krewetek i beef on the roof – czyli kolacja na dachu Hotelu Casa Granda. Jedzenie niezłe, widok obłędny, polecam wszystkim. Na koniec wieczoru mieliśmy w planach tańce, w końcu Santiago słynie z muzyki, energetycznej, karaibskiej i bardzo dobrej. Ale po kolacji położyliśmy się, tylko na chwilę, taka krótka drzemka. I zmęczeni już mocno podróżą przespaliśmy równo 11 godzin…

  • Dlaczego nie ma kawy?

    Kuba, dzień 8

    Kawy nie było. W kawowym barze przy drodze. W innym punkcie gdzie zatrzymuje się więcej samochodów zepsuł się ekspres, towar zdecydowanie deficytowy. Więc przyjechali smętni panowie i ekspres zabrali. Od tak. Za to barista był bardzo sympatyczny i świetnie mówił po angielsku.

    Nie tylko kawy brakuje, są problemy z zaopatrzeniem innych produktów. Brakuje środków żywności, niektóre higieniczne są tylko w sklepach walutowych, brakuje warzyw, mięsa i na przykład długopisów i ołówków. Jadąc na Kubę, gdzieś przeczytaliśmy o długopisach i papierze toaletowym. Z tym drugim nie było problemów, natomiast wielka reklamówka reklamowych długopisów po parę groszy każdy, wielokrotnie nam pomogła. Albo chociażby spowodowała uśmiech i szczere „dziękuję”. Za to można kupić Coca Colę, oryginalną, made in Mexico. I banany, z tymi nie ma problemów w ogóle. Albo z cukrem.

    Bo proszę państwa, Kuba cukrem żyje. Gdzieś z 50% upraw to trzcina cukrowa. Gleby są świetne, klimat idealny. Tylko, że rynek zbytu po rozpadzie Związku Radzieckiego padł, ceny surowca spadły więc skutek zabawy w centralne sterowanie gospodarki jest taki, jak był u nas kiedyś. To powoduje, że kraj mający potencjalnie świetne możliwości rolnicze importuje 70% produktów żywnościowych.

    Trzcina cukrowa

    Było o trzcinie bo dzień był pełen jazdy przez monotonne pola cukrowe. Ciągną się kilometrami, dziesiątkami kilometrów. Jechaliśmy dalej na wschód, w stronę prowincji Oriente. Długa, długa droga, kolejne 500km choć szybko i mało męcząco. Nocleg zaplanowaliśmy w Bayamo, dla odmiany w hotelu, który co prawda był całkiem w porządku, za to nie było w nim nic do jedzenia poza żółtym serem i owocami w puszce.

    Miasto jest świetne, ma super atmosferę – bardzo lokalne, kompletnie nieturystyczne i na turystów nieprzygotowane. Nawet lodów nie można kupić, wszystko jest za lokalne pesos. Błądząc wieczorem i szukając fajnego miejsca na kolację trafiliśmy w końcu do najlepszej restauracji w mieście, taką gdzie się czeka w poczekalni i zostaje wprowadzony na salę. Taką, do której się idzie od święta, ładnie ubranym i po to, żeby delektować się za małymi porcjami jedzenia. Faktem jest też to, że była jedyną w której udało się wynegocjować zapłatę walutą. Trochę tam nie pasowaliśmy, my w sandałach i T-shirtach wśród elegancko ubranych Kubańczyków więc zostaliśmy posadzeni nieco na uboczu, naprzeciwko działającej na 100% klimatyzacji (norma w tropikach, jak już jest gdzieś klima to ustawiona na temperaturę lodówki). Za kolację z dwóch dań (przyzwoitą ale nie rzucająca na kolana) zapłaciliśmy 21 zł. Na 2 osoby. A napiwek spokojnie przekroczył 40% zamówienia …

    Bayamo, nasza restauracja i scenki miejskie

    Polecam też spacer bardzo ciekawym i urokliwym bulwarem.

    Ale coś miało być o samochodach, będzie o tablicach rejestracyjnych. Na Kubie są bardzo kolorowe:
    – czerwona – turyści
    – żółta – mieszkańcy
    – błękit – firmy państwowe, busy, taxi
    – brąz, zielone – wojsko (nie wiem dlaczego dwa kolory)
    – pomarańczowe – kościół
    – czarne – dyplomatyczne

    Napisała do mnie mieszkająca kiedyś 16 lat na Kubie Klaudia z komentarzem dotyczącym tablic. Okazało się, że trochę uprościłem a części w ogóle nie udało mi się ustalić. Zamieszczam komentarz Klaudii bo bardzo ciekawy i dziękuję!

    ————————————————————————————–
    – czerwona – turyści – TAK i nie ;) bo to ciemna czerwona i zawsze rejestracja zaczyna się na T (turista ;)
    – jasna czerwona – to tablica tymczasowa (odróżniamy bo nie zaczyna się na T no i musi zawierać literkę P „prowizoryczna” ;)
    – żółta – mieszkańcy – NIE do końca – chodzi o to, że samochód jest Prywatny (czyli należący do osoby prywatnej ;)
    – błękit – TAK – Należące do Państwa – firmy państwowe, busy, taxi – taxi też może mieć żółtą bo Państwo pozwoliło na prowadzenie małe przedsiębiorstwa i jest dużo prywatnych taxi :)
    – brąz, zielone – wojsko NIE i TAK :)- zielony – to kolor Wojska i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ( m.in. samochodów opancerzonych wożących przywódców: Fidela, Raula, Ministrów) – zawsze jest zaznaczone na dolnym środku tablicy „FAR” lub „MININT”
    – oni sami prywatnie mają białe tablice – najrzadziej spotykane na Kubie :) Białe też mają ważni Partyjni (od PCC)
    – brąz to kolor Państwowych Instytucji i jak też Kierownictwo (szefowie) niektórych firm państwowych
    – pomarańczowe – kościół TAK, ale nie tylko – też używane przez zagranicznych dziennikarzy i przez zagraniczne firmy jeśli druga litera to K :)
    – czarne – dyplomatyczne cudzoziemców – TAK – nie obowiązują ich przepisy ruchu drogowego więc trzeba im ustąpić zawsze pierwszeństwo – Ciekawostka: Zawsze składają się z 6 cyfr: trzy pierwsze cyfry to kraj pochodzenia a trzy ostatnie cyfry tablicy wskazują na hierarchię np. -002 to 2 najważniejsza osoba w ambasadzie ;) Literka (na lewym dolnym rogu) mówi też kim jest: D = diplomático, C = consular E =otro estatus
    TA wiedza jest bardzo przydatna bo na Kubie mówi się „Powiedz mi czy jeździsz a Ci powiem kim jesteś” ;)
    ————————————————————————————–

    Tablice rejestracyjne (wklejka niezbyt udana ale późno jest …)

    Od razu i z daleka widać kto jedzie, czy to Kubańczyk czy turysta więc wiadomo czy zatrzymywać do kontroli, czy nie. Na wszystkich punktach kontrolnych zatrzymywane są samochody z żółtymi tablicami, czerwone przejeżdżają bez problemu. Bo turystom łatwiej podróżować niż Kubańczykom …

  • Na żółtych blachach

    Santiago de Cuba

    Zdjęcie zajawkowe, choć nie tylko o samochodach będzie …

  • Are you Brasil? Or Portugal?

    Kuba, dzień 7

    Ten dzień miał być czasem odpoczynku od samochodu, który powoli już nam się dawał we znaki. I takim był, cóż to jest bowiem 60 km wobec 3282 które w sumie przejechaliśmy. Rano Trinidad, jedno z najbardziej popularnych miast turystycznych na Kubie. Kolonialne, kiedyś będące jednym z centrów handlu niewolnikami. Częściowo odrestaurowane, począwszy od centralnie położonego Plaza Mayor, poprzez szlak przez miasto, który w niezmienionej postaci występuje we wszystkich znanych mi przewodnikach po wyspie. Reszta jest bardzo zaniedbana, ale czystsza i milsza niż większość miast które widziałem w okolicy. Turystyczny charakter miasta jest ciekawy, przeważająca większość zwiedzających nie nocuje w Trinidadzie, są dowożeni autokarami z enklaw turystycznych jak Varadero, i po kilku godzinach zwiedzania odwożona do hotelu. Skutek jest taki, że miasto jest tłumne od 11 do jakiejś 15-16, później zostają autochtoni i nieliczni turyści którzy jak my odważyli się na indywidualny transport.

    Trinidad, ten turystyczny i ten mniej

    Turystów na wyspie jest sporo, najwięcej oczywiście w enklawach, wielkich hotelach właściwie odseparowanych od Kuby i Kubańczyków. Miejsca wyglądają jak centra hotelowe w Egipcie, monstrualne hotele, białe plaże, palmy i błękitny ocean. I zero klimatu. Oczywiście warto skorzystać, o ile ktoś lubi wylegiwanie się na plaży, my zresztą się też plażowaliśmy, w sumie może ze dwie-trzy godziny ;). Szukając czegoś takiego pewnie pojechałbym do Tunezji czy Maroka, bliżej i taniej. Niektóre biura podróży organizują wyjazdy łączone, plaża i objazdówka. W Baracoa spotkaliśmy taką grupę polaków, z Rainbow Tour, byli bardzo zadowoleni i polecali. Rzecz w tym, że wiele zależy od przewodnika, dobry jest w stanie pokazać wiele z niesamowitego klimatu wyspy, zły to cóż, wycieczka do Hawany i Trinidadu to nie wszystko…

    Najlepiej zawsze pojechać indywidualnie, choć niestety niewiele ludzi się na to odważa, może dlatego, że można tak podróżować od niedawna, zaledwie od połowy lat 90. Samochody turystyczne widać, bo samochodów jest bardzo mało, ale w niektórych miastach turystów było tyle, żeby wypełnić dwie knajpy, może 50-100 osób w mieście liczącym dobre 70 tysięcy mieszkańców. Tytuł notki (pisownia oryginalna) pochodzi z pytania jakie nam zadali współlokatorzy w jednym z Casas, bardzo sympatyczni Francuzi spokojnie podróżujący wynajętym kubańskim samochodem z lat 50’tych. Oczywiście z kierowcą. Francuzów w ogóle jest sporo, innych europejczyków też. Jest trochę Kanadyjczyków, Rosjan, nawet sporo Polaków, także mieszkających w UK. Bo zdecydowanie warto tu przyjechać.

    Okolice Trinidadu

    Tego dnia zrobiliśmy rundkę dookoła Trinidadu, jest kilka punktów widokowych, malownicza wieża (podobno najwyższa wieża obserwacyjna na Karaibach) oraz kompleks plażowo-hotelowy. Na hotelowej plaży widziałem jedyną na wyspie kobietę opalającą się topless, nie jest to specjalnie popularne na Kubie. Choć chyba nie jest zakazane.

    Na zakończenie impreza w Casa de la Trova z genialną, tradycyjną i jazzującą muzyką duetu „Duo Cofradia&”. Mam plytę, obiecuję zamieścić próbkę w notce o muzyce :)

    Trinidad wieczorem

  • Rum na plaży smakuje wybornie

    Wybrzeże morza Karaibskiego, okolice Trinidadu

    Tak całkiem z innej beczki dzisiaj wpadł mi w ręce link do strony Ivarsa Gravlejsa z absolutnie cudownym poradnikiem fotograficznym. Wszystkim, nawet tym całkiem zaawansowanym bardzo polecam: http://ivarsgravlejs.com/pages/uafp001.htm :D

  • My house is full

    Kuba, dzień 6

    Miały być tematy budowlane, jest tytuł notki, prawie w klimacie ;)

    Długo nie pobyliśmy w Cienfuegos, ot noc oraz kilka godzin wieczorem i rano. Miasto warte dłuższego pobytu, jedno z ładniejszych na Kubie, sympatyczna atmosfera i niezbyt dużo turystów. Miasto zostało założone w XIX wieku przez Francuzów, architektura klasycystyczna, w całkiem niezłym stanie i naprawdę śliczna. Naprawdę warto pójść na spacer. I te rewelacyjne mojito … :)

    Casa w Cienfuegos

    Lekkie śniadanie na tarasie z widokiem na zatokę i w drogę.

    Dzisiaj miał być Trinidad, jedno z najsłynniejszych miejsc turystycznych na Kubie. Droga raczej krótka, może 120 km ale oczywiście trochę zamarudziliśmy po drodze.

    Najpierw w Delfinarium, trzeba trochę zboczyć z drogi ale warto. Za jedyne 50 CUC można popływać sobie z delfinami. Niesamowita sprawa, ja co prawda nie skorzystałem ale Karolina tak, była zachwycona. Już samo pluskanie się wśród delfinów jest świetną zabawą, nie mówiąc o wszystkich sztuczkach które one robią, dla nagrody ze smacznej ryby. Delfiny widziałem kilka razy, czasem naprawdę wielkie stada, ale nigdy z tak bliska i nigdy dotąd nie miałem okazji żadnego pogłaskać. Bezcenne!

    Delfinarium

    Po delfinach Wodospad El Nicho, niesamowite, malutkie miejsce schowane gdzieś w górach, z jedną z najgorszych ale bardzo pięknych dróg dojazdowych na wyspie. Idealne miejsce żeby odsapnąć, na chwilę, odpocząć. Po drodze wzięliśmy autostopowiczkę, starszą panią z wioski. Chociaż my jak zawsze pełni chęci do rozmowy nic z tego nie wyszło, Pani znała tylko słowo „stop” ;) Ale cierpliwie czekała, aż skończymy fotografować widoki po drodze.

    Wyżej wspomniane widoki, droga do El Nicho

    Wodospad El Nicho

    Konia z rzędu …, gdzieś po drodze

    I na koniec Trinidad, dojechaliśmy przed samym zachodem słońca, krążyliśmy szukając naszej Casa odganiając się od tłumu naciągaczy. Nawigacja łatwa nie była, miasto jak sporo innych na wyspie ma podwójne nazwy ulic, przed i porewolucyjne. Na dokumentach są te nowe, lokalni używają starych, zamieszanie jest spore. Spotkaliśmy też zawodowego przechwytywacza turystów, pokazał nam bowiem wizytówkę Casy której szukaliśmy, powiedział pokazując na nią „My house is full” i próbował zaprowadzić do innej. Ale nie był specjalnie przekonywujący.

    Sporo takich naciągaczy spotkaliśmy, zawsze pełno ich w centrach miast czy przy drogach wjazdowych. Kubańczycy żyją z turystów, nie ma się co dziwić. Czasem naciągacze bywają namolni, wtedy najlepiej ignorować, ale zazwyczaj jest to całkiem niezła okazja do rozmowy. I zawsze się zaczyna pytaniem „Where are you from?”, przy czym często jest to jedyne zdanie po angielsku w całej konwersacji. Jak się czegoś szuka na mieście to bardzo pomaga, czegokolwiek by się nie szukało. W Santiago, ktoś do mnie podszedł i spytał czego potrzebuję, taxi, restauracji czy może panienki? Wszystkie potrzeby jak widać mogą być zaspokojone.

    Oprócz naciągaczy przeważająca większość ludzi na Kubie jest bardzo miła, przyjacielska, rozmowna i pomocna. Często podchodzą do Ciebie tylko, żeby porozmawiać, czasem coś sprzedać, czasem po prostu po to, żeby pogadać z kimś po angielsku. Nigdzie indziej nie rozmawiałem tyle z ludźmi w obcym kraju. Spytaliśmy się kiedyś w muzeum o drogę, kiedy pani zobaczyła, że idziemy w złym kierunku wybiegła z budynku na ulicę pokazując nam właściwy. Są naprawdę niesamowici. Nie z każdym można porozmawiać o wszystkim, w kraju w którym jest cenzura, bezpieka, donosiciele i systemy szukające określonych słów jak Fidel czy rewolucja w sms’ach trzeba komuś zaufać, żeby na pewne tematy porozmawiać. Ale można. Tylko dobrze znać hiszpański, z angielskim jak już pisałem krucho.

    Osobną kategorią są ludzie związani z turystyką, właściciele Casas, taksówkarze czy sprzedawcy w miejscach turystycznych. Żyją z przypływu dewiz, dzięki turystom żyją na zdecydowanie lepszym poziomie, domy są ładniejsze, samochody nowsze, są lepiej odżywieni. Wszystko oczywiście oficjalnie, półoficjalnie a czasem całkiem nielegalnie. Kubańczycy kombinują jak mogą, muszą. Pensja wykształconej farmaceutki na prowincji wynosi ok. 20 CUC, robotnika może 10 a to starcza na 2 obiady w knajpie lub 10-20 litrów benzyny. Robią co mogą, prowadzą Casas, sprzedają banany, kokosy, kawę, cebulę, ser, większość nielegalnie bo bez podatku, w zagrożeniu więzieniem. To poważne przestępstwo. Turyście nic nie grozi, za to sprzedawca może pójść siedzieć na kilka lat.

    Bo 20 CUC to tylko 60 zł, ciężko z tego wyżyć prawda?

    Sprzedawca plecionych toreb, Trinidad

    Na zakończenie, Trinidad słynie z drinka zwanego Chanchanchara, napoju z miodu, rumu i soku cytrynowego. Próbowałem, mocne jak cholera i dobre. Bardzo dobre.

  • Zaliczka budowlana

    Cienfuegos

    Fidel, In the middle of nowhere

    Wieś w górach

    Wodospad El Nicho

    W ramach zajawki do tytułu następnej notki fotki wybitnie związane z budownictwem. No może poza wodospadem, ale to zapewne wypadek przy pracy ;)

  • D jak DRIVE

    Kuba, dzień 5

    Dzisiaj będzie historia o drogach. I rzeczach powiązanych.

    Drogi na Kubie mają swoje kategorie, do takiej teorii doszliśmy po kilku dniach jazdy. Kategorie nie zależą od oficjalnej klasyfikacji, kategoria określa rozsądną prędkość jazdy. Kategoria specjalna to brak drogi, znaczy droga na mapie jest ale w terenie to już niekoniecznie. Taką znaleźliśmy jedną, poddałem się po 8 km czując, że jeszcze kilka to Peugeot się rozpadnie i dalej będę go niósł. W kawałkach.

    Kategoria 0 to droga na której się głównie stoi, znaczy można jechać kilka km/h – dziury są takie, że grozi urwaniem połowy samochodu. To głównie boczne drogi na zachodzie wyspy. Drogi równoległe do autostrad, szczególnie na zachodzie są w bardzo kiepskim stanie. Sporo jest dróg kategorii 30, już można jechać ale z takiej prędkości można się zatrzymać natychmiast. Co pomaga w dojechaniu do jej końca tym samym samochodem. Kategoria 70-90 także istnieje, a jakże, klasyczny przykład to główna droga środkiem wyspy na wschód, dojeżdżająca aż do Baracoa czyli prawie najdalszego punktu do którego turysta jest w stanie dotrzeć. I ma obwodnice prawie wszystkich miast. Na wschodzie jej rolę pełni autostrada (w zasadzie dwie). Autostrady są naprawdę niezłe, mają 2-3 pasy, miejscami jechałem aż do 130 km/h ale i tak trzeba bardzo uważać bo WIELKIE DZIURY zdarzają się i na niej, kilkakrotnie wciskałem hamulec do podłogi. Są w zasadzie dwa odcinki, jeden od Hawany na zachód aż do Pinal de Rio, jakieś 160 km, drugi od Hawany na wschód, ok 350 km. Podobno dalej jest w budowie choć to jak z naszymi, efektu specjalnie nie widać. Dłuższy odcinek nosi nazwę Autostrady Narodowej. Z Hawany ciężko na nią trafić, konia z rzędem temu kto znajdzie jakikolwiek znak na ostatnim zjeździe. W związku z tym trzeba się cofać. Albo zawracać. Albo jechać pod prąd, co też na autostradach widziałem :)

    Ze znakami na drogach w ogóle jest śmiesznie, na zachodzie mało ich jest, jak zobaczyłem pierwszy drogowskaz to się zatrzymałem i zrobiłem mu zdjęcie. Na wschodzie jest dużo lepiej, drogi są nieźle oznakowane.

    I trzeba uważać, bardzo uważać. Na drogach są samochody, autokary, ciężarówki, wozy, konne bryczki, konie, krowy, psy, woły, rowery, kozy, świnie, sępy, czasem wystają nogi Kubańczyka który właśnie śpi sobie w cieniu który dają krzaki rosnące w pasie zieleni. I dlatego też, po Kubie nie jeździ się w nocy, jest to zbyt niebezpieczne. Za łatwo na kogoś lub na coś najechać. Sporo samochodów nie ma świateł, jakichkolwiek, a jak już ma to jeździ na długich. Nie wiem też jakie są ograniczenia prędkości, i tak pewnie przy jakości dróg raczej ciężko je przekroczyć.

    Autostrada, wersja bez pojazdów

    Autostrada, wersja z pojazdami

    Droga, kategoria 30, za to bardzo urokliwa

    Kubańczycy jeżdżą naprawdę dobrze, każdy użytkownik drogi ma równe prawa, nikt nie rozjeżdża i nie spycha z drogi chaotycznych rowerzystów, trąbi się na nich bardziej ostrzegając o samochodzie z tyłu niż agresywnie rozgarnia. W sumie robi to wrażenie totalnego chaosu ale jak się poczuje klimat jazda jest całkiem bezproblemowa. Tylko trzeba mieć klakson, a że nasz El Coche nie miał …

    Pamiętajcie, wypożyczając samochód na Kubie klakson ważniejszy niż klima. Serio :)

    Klima się przydaje, i owszem, choć jestem raczej wrogiem zamrażarki w tropikach. Jeżdżąc bez klimy szybciej się przyzwyczaisz do klimatu, to naprawdę po kilku dniach pomaga. Widziałem już turystów w takim miejscu którzy 20 minut po wyjściu z mocno klimatyzowanego pojazdu dostawali udaru cieplnego, mdleli i odpływali. Więc my używaliśmy klimy tylko wtedy kiedy się nie dało inaczej albo w miastach, chroniąc się przed koszmarnym czarnym dymem wydobywającym się z zdezelowanych węgierskich ciężarówek.

    Swoją drogą, miło pisać o upale i klimatyzacji kiedy za oknem -13 stopni a Polskę zasypało śniegiem :)

    Farma krokodyli, Zatoka Świń

    Sytuację mocno ratuje to, że ruch jest bardzo mały. Samochodów jest mało, benzyna koszmarnie jak na warunki kubańskie droga (ok 3,3 zł/litr 94). Czasem przez kilka, kilkanaście minut nie widać żadnego innego samochodu. Tylko w miastach, zwłaszcza w Hawanie ruch jest większy.

    Zatoka Świń

    No i się rozpisałem ogólnie. A w podróży rozpoczęliśmy wędrówkę na wschód, pierwszy długi odcinek, ok 460 km, z Vinales do Cienfuegos. Droga długa, bardzo długa jak na lokalne warunki. Ciężko jest przejechać przez Hawanę, autostrada wjeżdża do miasta, trzeba się przebić jego obrzeżami i znaleźć wyjazd z drugiej strony, prawie bez znaków. Dalej, farma krokodyli przy wjeździe do Zatoki Świń, bardzo urokliwe miłe zwierzątka. Robią wrażenie … Jest takich farm ok 10, Kubańczycy odnawiają prawie wytępioną populację. Na koniec sama zatoka, zatoka jak zatoka, ładna okolica. Miejsce jest znane z porażki wspieranych przez USA opozycjonistów którzy próbowali dokonać inwazji. Wszystko to sprawiło, że do naszej Casy dojechaliśmy przed samym zachodem słońca, kąpiel, kolacja i najlepsze mojito jakie piliśmy na Kubie.

    Kolonialny dom o zachodzie słońca, Cienfuegos

    Tak proszę Państwa, najlepsze mojito są w Cienfuegos i nikt mi nie powie inaczej :)

  • Kolejny wstępniak przed nową notką

    A w niej, między innymi:

    W zatoce świń, na straży. W cieniu, dla ochłody.

    Małe wesołe krokodyle

    Oraz pojazdy ;)