Tag: Azja

  • Kapiące złotem zabytki Bangkoku

    Leżący Budda w świątyni Wat Pho. Dzisiaj o kapiących złotem zabytkach Bangkoku

    On jest NAPRAWDĘ duży!

    Wielki Pałac Królewski (Phra Borom Maha Ratcha Wang). Najładniejszy widok na pałac jest z rzeki Menam, niestety nie miałem okazji go zobaczyć. Przy następnej wizycie :)

    Wnętrze kompleksu pałacowego, całość jest nieprawdopodobnie cukierkowa. Złota wieża to Wat Phra Kaew, w środku jest pomnik Szmaragdowego Buddy z lanego złota, naturalnej wielkości – 75kg

    Mały fetysz, lubię ładne dachy

    Rzeźby …

    … i detale

    Jedno z wejść do kompleksu pałacowego

    Mały skok na drugą stronę rzeki, świątynia Wat Arun. Konia z rzędem temu kto potrafi wymówić pełną nazwę: Wat Arunratchawararam Ratchaworamahavihara

    A wszystkiego pilnuje policja w gustownych różowych chustach :D

    Ta notka oficjalnie kończy relację rozpoczętą w kwietniu 2010 roku, 2 lata i 5 miesięcy powstawała, rekord, naprawdę ;)

    Tajlandia, Bangkok, marzec 2010

  • Bangkok Grand Palace

    Zajawkowo do następnej notki, kawałek Wielkiego Pałacu w Bangkoku

  • Bangkok, jeszcze kilka streetphoto

    Dwa czerwone parasole i biały jeden

    Jeszcze kilka streetphoto z Bangkoku załączam, byłem tam tylko dwa dni a materiału jest całkiem sporo :)

    Odpoczynek przy gazecie

    Nightlife

    Happy drink bus

    Różową taksówką po estakadach

    Pan Szaszłyk

    Wodna droga do domu …

    … oraz sklep po niej płynący

    Tajlandia, Bangkok, marzec 2010

  • Bangkok, part 2

    Business Hours, Sunday Closed, Welcome

    Mały skok z wyspy do Bangkoku, stolicy Tajlandii. To wielkie miasto, kosmopolityczne, 8 mlionów mieszkańców (14,5 w aglomeracji), pełno turystów, salonów masażu, jadlodajni na ulicach ale i luksusowych sklepów, skomplikowana sieć drogowa, kanały i promy, podniebna kolej, bieda, bogactwo i korki, wszędzie korki. Fajne miejsce do życia jak twierdzą blogi ekspatów.

    Stoisko z pieczonymi robakami. Tak, jadłem. Smakują jak chipsy :)

    Lokalna specjalność, hamburgery w ryżu zamiast bułki. 22 THB to 2,25zł. Hot Hit!

    Można też gotować na ulicy

    Ulice ChinaTown, tylko tam się je pałeczkami, poza tym w Tajlandii obowiązuje widelec i łyżka. Nóż niekoniecznie

    Droga z wnętrza Tuk Tuk’a, trójkołówki motocyklowej

    HERO Where are you?

    Konserwator dzieł sztuki podczas pracy w Pałacu Królewskim

    Buddyjski mnich karmiący gołębie nad brzegiem rzeki Chao Phraya

    Tajlandia, Bangkok, marzec 2010

  • No. I don’t want a f*?k’n tuk tuk, suit or massage

    Uliczny sprzedawca śniadań

    Relacja z Tajlandii miała pecha. Zacząłem ją pisać w kwietniu 2010 roku, kilka dni po powrocie z tego kraju i napisałem tylko dwie notki. Na krótko do niej wróciłem w sierpniu a później w listopadzie tego samego roku i tak, w ciężkich bojach doszedłem tylko do połowy wyjazdu. Przez rok nie działo się nic, znaczy dużo się wydarzyło ale nie na blogu. Powróciłem do pisania relacji dopiero w październiku 2011 roku. I prawie udało mi się ją skończyć, prawie. I już po roku (!) wracam, żeby ją dokończyć, nieprzypadkowo zresztą …

    Na początek kilka fotek z Pa Tong, takich które nie zmieściły się w tej notce. Całą resztę relacji przeniosłem na nowego bloga i można je obejrzeć pod tagiem Tajlandii.

    Pa Tong to imprezownia ale też niezłe miejsce do życia. Kawałek wyspy na której Wschód miesza się z Zachodem, turyści z Tajami a wszystko w otoczeniu konsumpcji. Wszelakiej ;)

    Konsumować można krewetki tygrysie, te ważyły z pół kilo sztuka

    Jeden z tysięcy bazarków z tekstyliami

    Uliczny sklep z owocami

    Spacerując po Pa Tong ciężko się opędzić od naganiaczy, natrętnych sprzedawców albo kierowców Tuk Tuków. Lokalny przemysł dziewiarski znalazł oczywiście i na to rozwiązanie i tak można nosić „No. I don’t want a f*?k’n tuk tuk, suit or massage” na t-shircie

    Buddyjska kapliczka otoczona restauracjami

    A kiedy pora deszczowa wymiecie handel z ulicy …

    … w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku można pojechać wraz z całą rodziną do domu :)

    Tajlandia, Pa Tong, marzec 2010

  • 8% z niczego

    Późna kolacja w kiepskiej knajpie, dzielnica muzułmańska

    Ulica targowa w części żydowskiej Starego Miasta

    Ściana Płaczu zwana Murem Zachodnim

    Świece. Bazylika Grobu Świętego

    Ortodoksyjny Żyd w zadumie nad zawartością portfela

    Lunch na schodach obok bramy Damasceńskiej

    Muzułmański sprzedawca walizek podczas przerwy na lekturę

    Stare Miasto, Jerozolima, październik 2008

  • Tel Aviv w 8 wersjach

    Ceremonialna wersja miasta, nocna ceremonia ślubna, pod baldachimem

    Kontynuując przeglądanie szuflady, przedstawiam Państwu Tel Aviv, Izrael

    Deszczowa wersja miasta

    Kulinarna wersja miasta, targ spożyczy. Znaczki mało mówiące ale piersze czerwone to zapewne pikantne chili

    Nowoczesna wersja miasta czyli trzy wieżowce Azrieli. Okrągły jest najwyższym budynkiem Tel Avivu (49 pięter). Dwa pozostałe, na planach kwadratu i trójkąta są niewiele niższe

    Ortodoksyjna wersja miasta, plaża niekoedukacyjna

    Zniszczona wersja miasta. Tel Aviv to kontrasty, miasto jest nowoczesne i raczej zadbane ale takie punkty też się zdarzają. Ten przy samej plaży

    Dla odmiany plażowa wersja miasta. Plaża jest wielka i dobrze na niej się pije wino :)

    Na koniec romantyczna wersja Tel Avivu :)

    Izrael, Tel Aviv, listopad 2010

  • Goa, Dust of India

    Odcinek 24, Goa

    Cztery czerwone krzesła na plaży

    To już ostatnia notka z Indii, w sumie 24 wpisy z 22 dni w podróży, miesiąc pisania, po nocach, w autobusach, metrze i w ogóle gdzie się dało. Moja najobszerniejsza jak dotychczas foto-relacja, zdjęć jest prawie 580 a dotychczas dodawałem maksymalnie 160-170 na wyprawę. Ale Indie takie są, widziałem i odczuwałem tam tak dużo, że chciałem Wam przekazać i pokazać jak najwięcej. Choć wiem, że żadne zdjęcie nie odda tego jaki ten kraj jest naprawdę i do końca. Bo jest, jak dotychczas, najbardziej kolorowym, fotogenicznym, najtrudniejszym i najbardziej brudnym miejscem w jakim byłem. I może będę. Same naj, prawda?

    Goa, imprezowa i plażowa. Indie light. Ale najpierw jak tam dotarliśmy …

    Była PRZYGODA! Mieliśmy rano pociąg z Hospet, zaraz po świcie. Nawet udało się wstać bez problemu, rikszarz dojechał i już na nas czekał, dotarliśmy na stację sporo przed czasem. Pociąg spóźniony 40 min ale nic to. Mały Chai na rozbudzenie i szukamy Pana od Biletów. Mieliśmy miejsce z listy rezerwowych lecz nasze nazwiska odnalazły się bez problemu w którymś wagonie, kolejarz podał mi numerki więc na pewno pojedziemy. Uff!

    I tutaj wszyscy straciliśmy czujność, może było za wcześnie rano, może za mało snu przez te trzy tygodnie ale też byliśmy już zbyt pewni siebie i ogarnięci w lokalnych dziwactwach. Pociągu nie było na tablicy, nie było numeru. Był za to inny, w tą samą stronę ale różniący się od naszego wszystkim: numerem, stacją docelową i nazwą. Nawet się trochę dziwiliśmy czemu dwa pociągi odjeżdżają w tę samą stronę o podobnej godzinie ale nie zaniepokoiło nas to specjalnie. This is India, everything is possible ;) Skoro nasz pociąg ma być spóźniony to może go jeszcze nie wrzucili na tablicę, wszystko będzie OK…

    I przyjechał ten drugi, ludzie się załadowali i pojechał. Zaniepokoiłem się po 15 minutach, naszego nadal nie było! Poszedłem się spytać i co? To był nasz!!! Tylko z nienacka zmienili mu numer, nazwę i stację docelową! No żesz ….!!!! Jak łosie utknęliśmy na pustej stacji kolejowej z głupimi minami. Byliśmy co prawda bardziej rozbawieni niż wściekli ale sytuacja była słaba. Zależało nam na jak najszybszym dotarciu na Goa, odpoczęciu trochę. Następny pociąg za dwa dni, są jakieś autobusy ale dopiero w nocy, za 14 godzin. A Hospet zupełnie nieciekawe, zresztą autobusy też lubią jeździć opcjonalnie, znaczy pojedzie albo nie. Sprawdziliśmy inne możliwości ale nic nie ma, poza taksówką. A szosami do Calangute, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój jest 370 km a to jak wiadomo masa drogi jak na Indie.

    Ale nic, trzeba jakoś się tam dostać. Chętny kierowca znalazł się szybko i zaczęły się negocjacje. Z początkowych 12tys rupii (800zł) szybko zeszliśmy do 10tys ale później już nie było tak łatwo. Taka trasa jest bardzo męcząca, w upale i po kiepskich drogach. Kierowca nie wróci tego samego dnia, także koszt benzyny jest znaczący (ok 3000 rupii). To były moje najdłuższe i najtrudniejsze negocjacje się w Indiach, targowałem się jak wściekły. Pół peronu wiedziało o naszej głupocie więc dookoła zebrała się grupka kilkunastu hindusów obserwujących moje zmagania, co także nie ułatwiało sprawy. Było odchodzenie od rozmówcy, obrażanie się, machanie rękami i wszystkie inne znane mi chwyty negocjacyjne :) Było też machanie głową na boki, to odpowiednik naszego kiwania się do przodu czyli na zgodę, połączone zawsze ze słowami Accha, Accha (dobra, dobra), było też twarde Nahim (nie). Po godzinie (tak, tak, tyle to trwało) cena została ustalona na 6500 rupii (420zł) za całą drogę, poniżej tej sumy już się nie dało zejść. Chwilka czekania na samochód, zmiany kierowców (z jednym negocjowałem, do stacji benzynowej dowiózł nas inny a dalej trzeci…) i jedziemy. Początek drogi super, autostrada, dwa pasy, połowę drogi przejechaliśmy w może dwie godziny – rewelacyjny czas. Aż trzeba było z niej zjechać i zaczął się koszmar, dziury, piasek, gruz. Druga połowa drogi zajęła nam 6 godzin, dojechaliśmy umęczeni ale dojechaliśmy! Za to trzeci kierowca był idealny, nic nie mówił, nie marudził i nie słuchał hindu muzy na cały regulator (cenne, zaprawdę).

    Po drodze, warto wspomnieć, zjedliśmy śniadanie w knajpie w Hubli. Na 12 klientów było co najmniej 16 osób obsługi, w tym 2 szefów sali, 4 sprzątaczy stołów, 3 laski od obsługi kasy fiskalnej (kasa 1 sztuka), pan od szuflady z pieniędzmi oraz 6 kelnerów :)

    Goa. Był Ocean Indyjski i jego drobny piasek na plaży, palmy, szum fal, mokre nogi i ciepły wiatr przewiewający ubranie. Były jedzone codziennie owoce morza, oceaniczne ryby i nieziemsko przyrządzony stek z rekina. Były zakupy na tybetańskim targu i piwo pite przy świeczkach na plaży. Tak!

    Północna część Goa w okolicy Calangute i Baga jest opanowana przez przemysł imprezowy i Rosjan. Było ich pełno, nawet menu w knajpach było w cyrylicy. Podobno na południu jest lepiej, spokojniej. Ale jeżeli szukasz miejsca na imprezę to polecam.

    Spacerem po plaży

    Rozmowy międzykontynentalne

    Plaże nie są puste jak na tajskich wyspach, oj nie

    Ratownicy w jeepach jeździli czujnie

    Trochę lokalnych klimatów:

    Chwila odpoczynku kobiet sprzedających ananasy

    Nawet łódź rybacka się zaplątała

    Para zakochanych. Dla hindusów Goa to miejsce oderwania się od purytanizmu reszty kraju, tutaj jeżdżą Ci którzy mogą pozwolić sobie na zachodni sposób poznawania płci przeciwnej, randki i takie tam ;)

    Byli też trzymający się za ręce mężczyźni. To ciekawe i powszechne zjawisko w Indiach, wcale nie objaw homoseksualizmu a jedynie sposób okazywania przyjaźni drugiemu facetowi. Chodzą za rękę, obejmują się, przytulają.

    Fotka nad morzem

    Plażowanie z żoną i teściową

    Chwila romatyzmu…

    … oraz obowiązkowe krowy na plaży :)

    Tutaj by się skończyła moja relacja gdyby nie pewien spacer. Spacer może sam nie zaważył o tym ale to, że zapomniałem posmarować sobie stopy filtrem już tak, po trzech godzinach chodzenia po plaży moje stopy przybrały kolor buraka i gdyby nie paskudnie śmierdząca maść kupiona w lokalnej aptece nie wiem czy byłbym w stanie chodzić. Ale jakoś dawałem radę, za to unikałem słońca. Rozdzieliliśmy się więc na plażowiczów i zwiedzających. Marta i ja pojechaliśmy do Old Goa (stara stolica regionu). Goa jest byłą kolonią portugalską i narzuciło to ogromny wpływ na okolicę. Jest czysto i ładnie, prawie nie ma świątyń hinduskich za to mają zatrzęsienie ładnych kościołów z czasów kolonialnych (UNESCO).

    Bazylika i jej wnętrze

    Świec zapalanie

    Katedra

    Mały kościółek

    Pomnik wśród kwiatów

    Coś bliżej nieokreślonego na trawie

    Oprócz tego, w okolicy jest port towarowy i przeprawa promowa:

    Statek w gorszym stanie…

    … oraz taki, w trochę lepszym

    A na koniec…

    Ostatnie zakupy

    Targ tybetański

    Obowiązkowa fotka z białaską

    Last but not least, autor tegoż bloga testujący na sobie tzw. Indian Hair Style. Był całkiem niezły, nawet moja fryzjerka pochwaliła :) (zdjęcie: Marta)

    I to już koniec relacji. W sumie, po drogach, szynach kolejowych i na indyjskim niebie przebyliśmy, jak wynika z mapy 5779 km a zawiera ona tylko główne przejazdy. Kawał drogi, Indie to kraj wielkości 1/3 Europy i to czuć podczas podróży. Różnice pomiędzy południem a północą są kolosalne, północ jest trudniejsza i brudniejsza, stamtąd też pochodzi tytuł notki, „Dust of India”, adekwatny bardzo… Południe, zwłaszcza Goa jest zdecydowanie bardziej ludzka, takie Indie w wersji „light”.

    Zaczynając relację zacytowałem jednego rikszarza, „INDIA – I’ll Never Do It Again”. Czy tak będzie, kto to wie … Wracając do Polski czułem, że pewnie tak, teraz niekoniecznie, chętnie bym wrócił w kilka miejsc, może też zobaczył nowe. Kusi mnie ponownie Mumbai i jego słynna, niesamowita pralnia a także klimat tego miasta. Kusi Kalkuta, której nie udało mi się zobaczyć. Kusi też, o dziwo Waranasi, najbardziej syfiaste miejsce jakie widziałem w życiu ale jednocześnie też nieprawdopodobnie ciekawe kulturowo i fotograficznie.

    Mapa naszej podróży, średnia jest ale może komuś się przyda: http://www.zeemaps.com/pub?group=331381

    Zakończę tym drugim cytatem z rikszarza, jakże prawdziwym:

    „This is India, everything is possible!” :)))

  • Hampi, o tym też jak do niego dotrzeć poznając Prezydenta

    Odcinek 22, Hampi

    Stone Car, Hampi

    Three Palm Trees

    Tak było w Hampi :) Gorąco, kamiennie i palmiasto. Ale najpierw musieliśmy tam dotrzeć …

    Z początku Hampi było opcją. Pierwotny plan podróży, tworzony przez nas przy winie, przewodnikach i laptopie przewidywał spędzenie ostatnich kilku dni na plaży na Goa, raczenie się drinkami i opalanie zmęczonych podróżą członków. Nie byliśmy pewni czy będzie nam się po prostu chciało jeszcze gdzieś jechać pod koniec, zwłaszcza, że dotarcie do Hampi jest kłopotliwe. Jeździ tam jeden pociąg z Goa, ale taki wiecznie przepełniony. Odjeżdża zresztą tylko co dwa dni a i ciężko dostać na niego bilety. Ale już w połowie drogi, w Jaipurze zdecydowaliśmy się, że jednak chcemy. I nie żałowaliśmy.

    Wybraliśmy inną opcję dojazdu, najszybszą z możliwych, tak żeby nie zmarnować czasu przeznaczonego na plażowanie. Kupiliśmy bilet lotniczy Mumbai-Bangalore i stamtąd pociąg do Hospet, najbliższą stację kolejową od Hampi. To 850km samolotem i 300 km nocnym pociągiem, ale w Hampi mieliśmy być rano a przejechać na Goa następnego dnia o świcie. Dla kamiennych budowli spokojnie można poświęcić dobę na plaży :)

    I tak wylądowaliśmy w Bangalore (Bengaluru). Lotnisko jest nowe, duże i bardzo nowoczesne. Bangalore to trzecie co do wielkości miasto w Indiach, zwane indyjską Doliną Krzemową. To tutaj rozwija się cały przemysł outsourcingu IT, tutaj mają siedzibę firmy jak IBM, HP, Google, Nokia, VMware, Oracle i wiele, wiele innych. Miasto się niesamowicie szybko rozwija, jest też bardzo bogate. Lotnisko znajduje się 40km od centrum i wzdłuż drogi do miasta (swoją drogą jak na Indie całkiem przyzwoitej) budowana jest nowa autostrada, cała na wiaduktach! Niesamowite!

    W Bangalore mieliśmy spędzić tylko trzy godziny, czas akurat na kolację. Wybraliśmy więc z przewodnika knajpę najbliżej dworca kolejowego i tam dojechaliśmy. I to był czad …

    Knajpa mianowicie, w bardzo hinduskim lokalnym hotelu Narthaki miała 3 poziomy. Dolny był restauracją, dwa górne alkoholową mordownią. I tak, na środkowym poziomie dostaje się menu z jedzeniem ale nie można nic zamówić poza przekąskami. Można za to zamówić piwo. Oraz wodę ale kelner 5 minut się dopytuje czy na pewno. Na dolnym poziomie jest salka ogólna (siedzą tylko faceci) i salka dla rodzin (tam też wrzucają zabłąkanych turystów jak my). Można zjeść wszystko z karty ale alkoholu zamówić nie można. Indyjskiego Chai też nie. Na górnym poziomie natomiast są już tylko napoje procentowe, za to domyślnie dostaje się talerz z ogórkami. Zadziwiające zwyczaje ;)

    Jak już się w nich ogarnęliśmy i zamówiliśmy jedzenie to okazało się naprawdę ostre. Żeby nie było, 2 tygodnie już jadłem pikantne rzeczy ale tamte było makabryczne, zamówiłem krewetki w warzywach i jedyną możliwością przełknięcia ich było dzielenie na małe kawałeczki i jedzenie z dużą ilością białego ryżu. Nawet Ania która uwielbia ostrości poddała się po jednej krewetce. Ale smakowały dobrze i były malowniczo podane na liściu bananowca. Pokrzepieni konsumpcją (musiałem wypić 3 pepsi żeby móc swobodnie oddychać) a mając jeszcze trochę czasu udaliśmy się na najwyższe piętro. I tutaj spowodowaliśmy mega zamieszanie, nie dość, że biali w alkoholowej mordowni to jeszcze z kobietami! Tam się nie pije tak po prostu, w knajpach bywają tylko faceci. Wyobraźcie sobie scenę, wchodzicie do sali w której bawi się kilkadziesiąt osób i nagle oni wszyscy zamierają i zaczynają się na Was gapić, cicho komentując z wytrzeszczonymi oczami. Tak było :)

    Wcisnęliśmy się gdzieś w kąt, zamówiliśmy wino i piwo. Wina nie polecam, siarka straszliwa, odstawiłem po jednym łyku. Po chwili też sala się do nas przyzwyczaiła i zainteresowanie nami wyrażał już tylko jeden, najbliższy stolik. A przy nim siedział nie byle kto, mianowicie Kumbarahalli Subbanna, prezydent jednej z lokalnych frakcji politycznych, zapewne małej. No i były rozmowy, braterskie poklepywania, zapraszanie do miast rodzinnych, wymiana papierosów polskich na indyjskie i takie tam swojskie macanie. Po pół godzinie zresztą już miałem dosyć bo nie dawali mi chwili spokoju, byli całkiem pijani a to nie pomagało. Nasz czas w końcu minął, zebrać się też nie było łatwo bo żegnać się też świta prezydencka zwykła wylewnie, tak że w końcu do pociągu biegliśmy. Kto nigdy nie biegł 2km z dużym plecakiem na plecach, małym w rękach, w temperaturze tropikalnej i wśród tłumu hindusów to w ogóle nie wie o co chodzi ;)

    Prezydenta i świtę pozdrawiam, jak ktoś chce pogadać to służę wizytówką :)

    Udało się dobiec, sleeper był całkiem porządny, w końcu ciepło było w nocy :) W pociągu też poznaliśmy ciekawego gościa, hindus ale od 30 lat mieszkający w Londynie, lekarz na emeryturze. Opowiedział nam o wielu rzeczach, relacjach i stosunkach, wyjaśnił kilka wątpliwości, z perspektywy lokalnej i człowieka Zachodu. Bardzo fajna postać.

    Z Bangalore nie mam niestety ani jednego zdjęcia, nie widziałem nic poza knajpą, lotniskiem i dworcem. Podobno bardzo ładne i nowoczesne jest centrum.

    I tak dotarliśmy do Hampi :)

    W Hampi ogląda się głównie kamienie, takie jak na pierwszym zdjęciu tejże notki ale też wioska jest bardzo urokliwa. Dzisiaj będzie o wiosce.

    Centrum, przeznaczenie budynku z blachy nieznane

    Za tajemniczą konstrukcją Świątynia wyłania się nieśmiało

    Na wzgórzach kozy

    Pilnowane przez dzieciaki

    Good friends don’t let you do stupid things … alone

    Romantyczny riksza driver

    Vespą po bezdrożach

    Mali mieszkańcy Hampi

    Lokalny bus

    Jeszcze jedno zdjęcie Tajemniczej Budowli, tym razem z krową

    Rzeka, widok ze słońcem

    Rzeka, widok pod słońce

    Obowiązkowa kąpiel wieczorna w Ghacie

    Po drugiej stronie rzeki jest kilka hoteli, tutaj brodzący turyści podczas przeprawy

    Powrót do domu

    Pan Bananowiec

    Roślinność tropikalna, zieleń jest niesamowicie intensywna

    Suszarka

    Bambusowe żniwa

    Backpackerska impreza na szczycie góry

    Widok na dolinę, miejsce przypomina dolinę Vinales na Kubie, bardzo piękna

    Na koniec pole ryżowe, widziałem je po raz pierwszy w życiu. Jakiś hindus dziwnie się na mnie patrzył kiedy z zachwytem robiłem to zdjęcie, z miną jakby mówił: „dziwne te białasy, to pole ryżowe, co w tym takiego ciekawego…?” ;)