Tag: Azja

  • Indie, mała zajawka :)

    W ramach zajawki do relacji 11 zdjęć z najbardziej niesamowitego kraju w którym byłem…
    Enjoy :)

    Taj Mahal, jak przystało, o świcie

    Obowiązkowa kąpiel w Gangesie, Varanasi

    Dziecko ulicy, Varanasi

    Sprzedawcy pamiątek ogrzewają się przed nocą

    Anurada podczas przygotowania posiłku. Był rewelacyjny!

    Transport lokalny

    Gołębie na targu zbożowym

    Świątynia Wichrów w Ranakpurze

    Zastępczy pociąg kolejki w Mumbai’u. Nieco oblegany ;)

    Kamienna karoca, sprawdzałem, nie jeździ. Hampi

    Goa, plaża i krowy

    Indie, 20.01-12.02.2012

  • Jedna doba w Pa Tong

    To już prawie koniec zaległej relacji z Tajlandii, sam koniec podróży. Spędziliśmy go w Pa Tong, zdecydowanie imprezowo nastawionym mieście na wybrzeżu Phuket. Miasto nigdy nie zasypia, zabawa trwa całą dobę. W ciągu dnia plaża, sporty wodne i zakupy, w nocy knajpy, masaże i inne atrakcje. Na początek jedna z nich, w opowieści o jednej dobie w Pa Tong …

    Godzina 00. Bar ze striptizem. Pełno ich dookoła, dziewczyny tańczą na rurach praktycznie na ulicy, każdy z nich ma też część za kotarą gdzie można zobaczyć więcej i oczywiście ukryte pakamery pełniące role łatwe do przewidzenia. Mimo pozorów dobrej zabawy smutne to wszystko było. BTW, w najlepszym barze ze striptizem w Pa Tong tańczą rosjanki :)

    Godzina 02. Chodzimy od knajpy do knajpy przez roświetlone miasto. Trzeba uważać na łapiące za tyłki Tajki ;)

    Godzina 06. Wracamy do hotelu. Znak jakże życiowy ;)

    Godzina 06:30. A może zamiast objęć Morfeusza mały masaż na dobry początek dnia?

    Godzina 07:00. Zmęczona Pani masażystka idzie spać, my też.

    Godzina 12:00. Śniadanie z grilla na plaży?

    Godzina 16:00. Obiad po europejsku, w MacDonaldzie. Tylko klaun jakiś dziwny :)

    Godzina 17:00. No i z powrotem na plażę, najlepiej stylowo, tuningowanym skuterem :)

    Godzina 17:30. Na plaży zaczyna się pora deszczowa…

    Godzina 17:45. I jak zaczyna padać to już na całego. Ciekawe, że deszcz nie chłodzi powietrza tylko wilgotność zmienia się z 90% na 100 … :)

    Godzina 22:00. Sea food na kolację :) Na zdjęciu homar, pyszny!

    Godzina 00… :)
    cdn, choć już to prawie koniec …

  • Jak się po Phuket podróżuje

    To już koniec części żeglarskiej fotostory, trzeba było oddać łódkę. Pozostaliśmy jednak jeszcze kilka dni w Tajlandii, głównie w celach imprezowych ;)
    Na początek Miasto Mueang Phuket, stolica dużej wyspy o tej samej nazwie. Mało ciekawe miejsce, wybrzeża są typowo turystyczne, środek wyspy jest handlowo-przemysłowy. Kilka fotek jednak zamieszczam :)

    Na początek jak się po Phuket podróżuje ;)

    Dwie fotki jeszcze z mariny

    I kolejne trzy z wielkiego targowiska w centrum. Jakość produktów gorsza niż w dobrych czasach na Stadionie Dziesięciolecia za to kolory bardziej jaskrawe :)

    Wesołe miasteczko dla dzieci zawsze w cenie

    Pani od Kubeczków

    +32 stopnie, godzina 23:03 czasu lokalnego :)

    Bar Restauracyjny typu FastFood w powrotnej drodze do domu

    Może i krzaczki ale słowo Pepsi jest całkiem czytelne

    Oświecona Rodzina Królewska
    Thailand, Phuket
    cdn

  • Trochę więcej niż 28 akrów raju :)

    Ko Khai Nai
    Malutka wyspa, znaleźliśmy ją przypadkiem po drodze. Skusiły nas te parasole.
    Niech zdjęcia mówią za siebie… :)

    Ale żeby nie było, że raj całkowity to tylko napiszę, że temperatura powietrza wynosiła ok 37oC, wilgotność podchodziła pod 95% a słońce świeciło tak, że zdjęcie okularów przeciwsłonecznych na kilka sekund (tylko po to, żeby zrobić zdjęcia) mało mnie przez odbicia od wody i piasku nie oślepiło. Każdy raj ma swoje minusy, choć ten akurat znikome i pomijalne ;)

    Wyspa z góry wygląda tak, jakby ktoś chciał odnaleźć :)

    Thailand, Ko Khai Nai
    cdn

  • Wielka burza i drinki w wiaderkach

    Wracaliśmy już na północ, po drodze planując przenocować na imprezowej wyspie Ko Phi Phi o której pisałem już tutaj. Dużo fotek z tego dnia nie mam, więc chyba się muszę wytłumaczyć :) Mianowicie…

    najpierw było tak …

    … a później tak. A później nikt nie miał głowy bo trzeba było ratować łódkę i prawie o życie walczyć. No może trochę przesadzam ale dogoniła nas niesamowita burza tropikalna. Najpierw otoczyły nas niesamowite kolory, później gwałtowne uderzenie wiatru, fal i piany. Prędkość wiatru osiągnęła może maksymalnie 50-55 węzłów (9 w skali Beauforta) ale jak na powszechną flautę w okolicy to było coś obłędnego. Cały czas byłem przy sterze :)

    Burza, jak na tropikalną przystało trwała może 15 minut za to bardzo nas przyśpieszyła. Stanęliśmy na kotwicy w porcie…

    kulturalnie obejrzeliśmy lokalny program artystyczny…

    … i po rozpatrzeniu innych opcji rozrywkowych …

    … zdecydowaliśmy się na jedną czyli drinki w wiaderkach :)

    Wspaniały lokalny wynalazek. Mianowicie kupuje się komplet czyli wiaderko, sporą małpkę alkoholu, i innych płynnych dodatków. Sprzedawca miesza całość, wkłada grubą słomkę i z drinkiem o objetości powiedzmy 1 litra można się udać na imprezę. Jednemu wiaderku jeszcze jakoś daje się rade, po dwóch polegali najtwardsi ;)

    A na koniec Beach Party :D
    Thailand, Ko Phi Phi
    cdn

  • Back to Thailand :)

    Powrót do Tajlandii :)
    Nigdy nie dokończyłem relacji z tego niesamowitego kraju a jeszcze kilka fotek mam w szufladzie.
    Więc wracam, prawie dokładnie po roku od ostatniej notki.

    Pani w bikini. Na dobry początek ;)

    Wyspy Ko Tap i Ko Mor to w zasadzie 3 wysepki połączone zalewaną przypływem groblą. Chodzenie po wodzie to niesamowita rzecz :)

    Łódka, lokalna, jakich wiele. Wrażenia z pływania – bezcene.

    Grobla na początku wysokiej wody. Chodzi się dosyc trudno bo woda się przelewa i próbuje ściągnąć spacerowiczów na morze.

    To samo miejsce kilka minut wcześniej, grobla jeszcze sucha.

    Lokalna knajpa. Właścicielka poleca lody z kokosa.

    Krótka narada na srodku oceanu. Po japońsku.

    A na koniec notki dwie foty z zachodu słońca :)
    Chyba tęsknię za Wielką Wodą już …

    Thailand, Ko Tap, Ko Mor
    cdn

  • Dlaczego nie należy chodzić po jeżowcach

    Ko Kradan
    Przygoda z silnikiem zaczęła się z znienacka. Było koło południa, wiatru zero, odsypiałem nocną wachtę i nagle ze snu budzi mnie tupot nóg po pokładzie, jakieś podniesione głosy i pełno siwego dymu w kabinie. Spałem na rufie, od silnika dzielił mnie tylko kawałek deski i to zza niej wydobywał się dym. Mała panika, pożar silnika na jachcie jest sprawą paskudną, ciężko go ugasić i zazwyczaj kończy się pośpiesznym opuszczeniem jachtu. Na pełnym morzu, „in the middle of nowhere” to kiepska sprawa. Dookoła pływało trochę kutrów rybackich, ktoś by nas uratował – w końcu płonący jacht widać z wielu mil ale takiej przygody raczej nie chciałbym przeżyć.

    Na szczęście nie było tak źle, silnik dymił ale się nie zapalił. Po przewietrzeniu środka i kilku godzinach demontażu różnych elementów okazało się, że rozszczelniła się rura odprowadzająca spaliny. Po prostu się rozpadła a spaliny zamiast za burtę kumulowały się w pomieszczeniu silnikowym. Nasz jacht był w świetnym stanie technicznym, miał wszystko co tylko komfortowy jacht może mieć, DVD, mikrofalówkę a nawet klimatyzację ale na naprawie silnika właściciel oszczędził, rura była posklejana i uszczelniona taśmami, plasteliną i cholera wie czym jeszcze. Pełna prowizorka. Wiatru nie było w ogóle, szczęśliwie jakoś pod wieczór to ustrojstwo jeszcze bardziej prowizorycznie naprawiliśmy, kolega trzymał nieco nadwyrężoną rurę bosakiem żeby wibracje znowu jej nie uszkodziły i dopłynęliśmy do najbliższej wyspy na noc. I tak trafiliśmy na Ko Kradan.

    Wyspa jest naprawdę fajna, jest prawie pusta – jedynie trochę bungalowów i dwie knajpy, piękne plaże, cisza i spokój. Doskonała ryba pieczona w czosnku, piekielnie ostre krewetki w czymś nieokreślonym ale pysznym, czekające na Ciebie leżaki na rozgrzanym piasku, nic tylko wypoczywać. No i napis „Kradan – island of love” :) Najpiękniejsze w swobodnym żeglowaniu jest to, że czasem całkiem przypadkiem pojawiasz się w miejscach do których nigdy by się nie trafiło. I odkrywasz w nich coś magicznego i specjalnego. Taka była dla nas wyspa Kradan.

    Tutaj też nauczyłem się jednej rzeczy istotnej w morzach tropikalnych. Nigdy nie stawaj na jeżowcach. Bosą stopą zwłaszcza. Mi się udało, dopływając pontonem do brzegu po zmroku wpadliśmy w rafę, chciałem z niej wypchnąć ponton, szybka akcja, fala, dno pontonu uderzające o dno, hyc za ponton i głośne wrr$%##@@$$ ;) Stanąłem na skubańcu całą stopą, dokładnie pośrodku. Miałem 37 dziur w stopie. Jeżowce nie są na szczęście toksyczne ale mają bardzo długie i kruche kolce zakończone takim małym haczykiem. Kolec łatwo się łamie ale haczyk zostaje w ciele, żeby go wyciągnąć trzeba rozcinać okolice rany i dłubać pęsetą. Taka operacja potrwała dwie godziny, jako środek znieczulający wystąpiła wypijana szklankami lokalna whisky (9zł za 0,75l – całkiem niezła) oraz ręcznik zagryzany zębami. A chirurgiem Aga, bardzo, bardzo dziękuję raz jeszcze! Tylko dzięki niej następnego dnia mogłem chodzić, pierwsze dni na palcach, później już normalnie. Jednego się nauczyłem, tylko prawdziwi twardziele wsiadają boso do pontonu ;)

    Jeśli ktoś nie wie, jeżowiec wygląda tak (foto by jednorazówka podwodna)

    Na Kradan spędziliśmy prawie całą dobę, czekając na ekipę do naprawy silnika ale i też spokojnie odpoczywając. Wypłynęliśmy w nocy, kurs na Ko Lipe czyli ostatnia wyspa Tajlandii przed granicą z Malezją – 721 km do równika.

    Ko Kradan, Tajlandia

  • Maya Bay, The Beach

    Wracamy do Tajlandii, Maya Bay.
    To chyba najsłynniejsza plaża w kraju, rozsławiona filmem „The Beach”. Miejsce zaiste bardzo piękne, tylko jest jeden kruczek, trzeba być na niej krótko po świcie albo późnym popołudniem. Nam się udało, doczytałem gdzieś tę radę w przewodniku i pomimo solidnej imprezy poprzedniego dnia wypłynęliśmy wcześnie.

    Lokalne łódki, bardzo praktyczne w płytkich, pełnych raf wodach. Kieruje i zarazem napędza je za pomocą
    silnika z bardzo do tyłu wysuniętą śrubą. Można ją wyjąć z wody i włożyć w innym miejscu, co daje niesamowitą
    zwrotność. I są bardzo szybkie.

    Nic tylko skakać z radości ;)

    Ale już za chwilę, kilka minut po 10.00 z głównej wyspy Phi Phi przyplywa tutaj setki motorówek,
    wszystkie takie same, napędzanych podwójnymi potężnymi silnikami. I robią desant.
    To niesamowicie wygląda, motorówka za motorówką, z każdej wysypuje się tłum ludzi. Każda
    ma swój numer, po dwóch godzinach załoga zgarnia z plaży turystów wołając po numerze, szybko i nerwowo.
    W końcu trzeba przywieźć następną turę :)

    Aż do wody ciężko się dopchać.

    Nic tylko uciekać ;)

    A większe statki które nie mogą dobić do brzegu, wożące zwykle japońskich turystów robią desant
    na wodzie. Statek rzuca kotwicę, z pokładu do wody skacze 200 japończyków w kamizelkach ratunkowych
    (w kolorze statku, a jakże) i mają 45 min na pływanie. Oczywiście w zasięgu 100 metrów :)

    Ostatni rzut oka na Maya Bay i płyniemy dalej. Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy ale następnego
    dnia czekała nas przygoda, pożar silnika na morzu. A to nigdy zabawne nie jest …

    Maya Bay, Tajlandia

  • Notka o żarciu, tajskim boksie, rybkach kanibalach i o tym co można odkryć rano na ramieniu

    Dzisiaj notka o wyspie Phi Phi czyli największej imprezownii w okolicy.
    Zaiste, jest niezła, wieczorem w całym centrum odbywa się nieustająca impreza. Puby, bary dyskoteki na plaży, pokazy artystów, jedzenie na ulicy, tatuaże po pijaku, tańce w klunach. Jest tu wszystko co potrzebuje przyjezdny i wiele, wiele więcej. Średnia wieku imprezowiczów to tak ok. 22 lat co prawda ale nawet my, zdecydowanie starsi bawiliśmy się doskonale. Pod tym wszystkim kryje się to co wszędzie w Tajlandii, dużo biedy, dykty i tektury.

    Phi Phi ma kształt hantli, dwa wzgórza na bokach i prawie płaskie centrum wyspy, pomiędzy dwiema zatokami. I była bardzo zniszczona podczas Tsunami w 2004 roku, fala po prostu przelała się przez centrum i wszystko co w nim było.

    Tak to wyglądało wtedy: http://www.youtube.com/watch?v=Gbq412haY1c

    A tak dzisiaj:

    Ulica handlowa

    Luksusowe hotele

    Pokazy tańca z ogniem na plaży, rewelacyjni byli

    Tajski boks, niby walka pokazowa a chłopaki walczyli na maksiumum swoich możliwości. Męska rzecz.

    Tańce z zajawki z poprzedniej notki. Cycki ewidentnie europejskie, nie tajskie ;)

    Dyskoteka na plaży

    Salon tatuażu. Czasem po europejsku, czasem w zwyczaju lokalnym – bambusem. Jest ich pełno, to modne zrobić sobie tam tatuaż po pijaku i rano z przerażeniem go odkryć. Widziałem kilku takich, nieco błędnych po imprezowej nocy ze sporym zdziwieniem patrzących na swoje upiększone (lub niekoniecznie) ciało. Warunki higieniczne różne.

    Żarcie, żarcie, ŻARCIE. Jak zwykle na ulicy, jak zwykle pyszne. Choć niektóre podejrzanie wyglądające ;)

    No i pod koniec imprezowania można się zrelaksować i odświezyć skórę na stopach w akwarium… Te małe symaptyczne rybki to „garra rufa” – ryby żywiące się ludzkim martwym naskórkiem. Wkłada się do takiego zbiornika nogi a rybki z zapałem robią pedicur. Polecam :DDD Choć strasznie łaskocze :)

    I koniec imprezowej nocy, krótki rzut oka na łódki na piasku podczas odpływu…

    Czekamy na świt i płynemy dalej, na Maya Bay, miejsce znane z „Niebiańskiej plaży” z Leonardo DiCaprio.
    Wyspa Phi Phi, Tajlandia