Indie, mała zajawka :)

W ramach zajawki do relacji 11 zdjęć z najbardziej niesamowitego kraju w którym byłem…
Enjoy :)

Taj Mahal, jak przystało, o świcie

Obowiązkowa kąpiel w Gangesie, Varanasi

Dziecko ulicy, Varanasi

Sprzedawcy pamiątek ogrzewają się przed nocą

Anurada podczas przygotowania posiłku. Był rewelacyjny!

Transport lokalny

Gołębie na targu zbożowym

Świątynia Wichrów w Ranakpurze

Zastępczy pociąg kolejki w Mumbai’u. Nieco oblegany ;)

Kamienna karoca, sprawdzałem, nie jeździ. Hampi

Goa, plaża i krowy

Indie, 20.01-12.02.2012

Indie, wstępniak i Delhi

Odcinek 1, Wstępniak i Delhi

Welcome to India :)

Zaczęło się od Kajtka a konkretnie imprezy Kajtkowej. Kajtek jest całkiem jeszcze nieświadomy swojego wpływu na moją podróż do Indii, ale bez niego by się ona nie odbyła :) Mianowicie Kajtek pod koniec grudnia 2011 miał niecałe 6 tygodni i jest cudownym dzieckiem moich przyjaciół: Ewy i Maćka (pozdrawiam serdecznie :)

Gwoli wyjaśnień, pod koniec grudnia desperacko szukałem miejsca gdzie by można pojechać. Byle szybciej, byle dłużej, byle dalej … Planowałem nawet dawno wymarzoną Amerykę Południową ale jakoś temu kierunkowi okoliczności wyraźnie nie sprzyjały. I nieoczekiwanie, na imprezie Kajtkowej spotkałem dawno nie widzianą koleżankę i zapaloną podróżniczkę Bognę, szykującą się właśnie z trzema koleżankami do zaczynającej się za 20 dni wyprawy do Indii. I zapraszającą do grupy bo w takich miejscach facet bardzo się przydaje i może sporo problemów rozwiązać.

Więc Indie, czemu nie :) Decyzja zapadła błyskawicznie, następnego dnia po imprezie miałem już urlop i kupiony bilet, dzień później złożony wniosek o wizę (ważne, bo czeka się na nią 14 dni roboczych więc zdążyłem niemalże na styk). Sprawdzenie szczepień, kilka zakupów, planowanie i zakup biletów na pociągi i samoloty w Indiach, kilka rezerwacji i planów i lecimy :)

Ostatecznie polecieliśmy w czwórkę, jedna dziewczyna musiała zrezygnować przed samym wylotem a ja leciałem oddzielnie, inną trasą ale w tym samym czasie. I cała ekipa czyli Bogna, Marta, Ania i ja spotkaliśmy się 20 stycznia na lotnisku w Delhi.

Meczet Jama Masjid, Old Delhi

Dzieciaki na wycieczce szkolnej

Sklep rybny…

… oraz mięsny (w zasadzie kurczakowy bo innego mięsa brak). Wszystko na ulicy.

Marka i program kinowy całkiem znane, Old Delhi

Niedostępny Pałac Prezydencki

Niewiele wiedziałem o Indiach przed imprezą Kajtkową, ot że Orient i jedzenie, zabytki i Ganges, Sari i Bollywood no i że tropiki ale brudno bardzo. To wszystko prawda ale też wiele, wiele więcej … Na miejscu usłyszałem dwa zdania: "INDIA – I’ll Never Do It Again" oraz "This is India, everything is possible!". Co do pierwszego to nie wiem ale rozumiem ludzi tak twierdzących a pod drugim podpisuję się obiema rękami :)

Delhi.

Ogromne miasto, stolica Indii, prawie 12 milionów mieszkańców (18 w aglomeracji). Podzielone z grubsza na Old Delhi i New Delhi, bardzo różniące się od siebie. Od Old Delhi, ciasnych, brudnych i zatłoczonych uliczek aż po ładne i nowoczesne dzielnice rządowe czy ambasad. W takiej ostatniej mieszkaliśmy, na dwa dni przygarnęli nas Marysia i Bastek z dziećmi, autorzy bloga: http://www.bastazja.pl/ których serdecznie pozdrawiam. Pomogli przejść trudny początkowy okres aklimatyzacji i sporo nam powiedzieli o kraju i panujacych tu stosunkach. Choćby o zasadach ruchu ulicznego…

To był pierwszy szok. Po pierwsze jedyną na pozór zasadą jest to, że jest lewostronny. Zazwyczaj, to też nie jest regułą :) Lusterka są albo odkręconem urwane albo zawczasu złożone, na niektórych czerwonych światłach się stoi na innych się jedzie. Na trzech pasach mieści się 5 samochodów, 7 riksz motorowych (czasem zwanych z tajlandzka Tuk-Tuk’ami) i niezliczona ilość skuterów i motocykli. Jeżeli droga się korkuje to można jeździć pod prąd oczywiście nieustająco trąbiąc na wszystko dookoła. Pieszy na jezdni ma wszelkie prawa znaczy nikt się przed nim nie zatrzyma, nie przepuści, nawet nie zwolni ale obtrąbią na pewno i spróbują rozjechać :) Wszystko to sprawia, że ruch uliczny jest niewyobrażalnym CHAOSEM, pełnym niebezpieczeństw oraz nieoczekiwanych zachowań. Przez pierwsze kilka dni jadąc rykszą zamykaliśmy oczy ze strachu święcie wierząc, że to będzie nasza ostatnia jazda w życiu. Emocje i adrenalina gwarantowana, polecam :) Nawet w Afryce aż tak się nie jeździło, btw samochodu nie można wypożyczyć w innej opcji niż z kierowcą.

Wąskie i zatłoczone uliczki Old Delhi

Okazało się jednak, że to działa. Są zasady, niepisane ale przestrzegane przez wszystkich. No więc jest tak, ruch jest lewostronny ale jedzie się drogą krótszą. To znaczy zamiast objeżdżać rondo jedziesz najkrótszą drogą, niezależnie od tego czy jedziesz zgodnie z przepisami czy pod prąd. Interesują Cię tylko pojazdy przed Tobą, te z tylu martwią się o siebie więc lusterka nie są potrzebne. Wyprzedzając poza miastem kierowcy dają sobie znaki czy można jechać czy nie, machają też rękami przed skrętem (po co używać kierunkowskazów, prawda?). I trąbisz, trąbisz, trąbisz – cały czas. Ten ten chaos powoduje więc, że ruch jest wolny, w mieście rzadko gdzie da się jeździć szybciej niż 30-35km/h więc w razie czego można się natychmiast zatrzymać. Pierwsze wypadki widziałem dopiero w Mumbaiu, gdzie ruch jest bardziej cywilizowany, przez to szybszy.

Jeden ze spotkanych kierowców powiedział nam, że żeby jeździć po Indiach trzeba mieć "Good horn, good brake i good luck!". Sama prawda :)

MotoRiksza, cockpit view ;)

Riksza rowerowa, w tle plakat z robalem, znaczenie napisów nieznane ;)

Delhi to także zabytki z okresu Wielkich Mongołów. W ogóle w Indiach zabytki są głównie mogolskie albo hinduistyczne, pierwsze zwykle ogromne, wręcz monumentalne, drugie koronkowe, dla mnie dużo ciekawsze. W Delhi są mogolskie.

Grobowiec Humajuna, katakumby i okolice (UNESCO)

Meczet Jama Masjid, Old Delhi

I na koniec pierwszej notki z Indii, New York, New York … :D

Delhi, dzień drugi

Odcinek 2, Delhi cd

Zwiedzanie Indii bywa męczące ;)

Drugi dzień pobytu w Delhi upłynął nam pod znakiem dalszej aklimatyzacji, walczenia z małym kacem, jet-lagiem oraz łażenia tu i ówdzie. A mianowicie było tak, rano Bastek nam pomógł kupić lokalną kartę SIM, marki Vodafone zresztą. Bardzo przydatna sprawa tam, często musielismy dzwonić do hosteli po drodze, dlatego też miałem czasem dostęp do Internetu. Z komórką w Indiach nie jest tak prosto, trzeba mieć paszport, zdjęcie i lokalne zameldowanie. Także mała ciekawostka, sieć w różnych stanach Indii nie jest ta sama, Vodafone jest niby wszędzie ale na zasadzie wewnętrznego roamingu. W końcu to NAPRAWDĘ duży kraj :) Z nowo nabytą komórką zatem udaliśmy się na zwiedzanie.

Najpierw była India Gate, monumentalny monument zbudowany przez Brytyjczyków w hołdzie żołnierzom Indyjskim. Brama jak brama ale rozmiar ma zaiście imponujący, ilość turystów dookoła też. Takie miejsce "must see" z przewodnika :)

Następnie napotkawszy rikszarza (jesteście moimi pierwszymi klientami dzisiaj, zawiozę Was prawie za darmo ;) przejechaliśmy w stronę Pałacu Prezydenckiego (must see#2)

Najpierw myśleliśmy, że to Pałac, ale nie – to tylko jeden z budynków rządowych, taki mały Sekretariat. W ogóle budynki państwowe są ogromne, niemalże megalomańskie.

Pałac właściwy, Prezydencki znaczy

Później świątynia Sikhijska, Gurudwara Bangla Sahib (must see #3)

Gurudwara Bangla Sahib, w pełnej krasie, widok od frontu

Widok od tyłu, nieco remontowania i bardzo, bardzo zatłoczona.

I na koniec "must see #4", obowiązkowy punkt programu:

Czerwony Fort Delhi. Do środka nie wchodziliśmy, większość fortu zajmują koszary wojskowe, także ten w Agrze jest zdecydowanie ciekawszy.

Starczy tych "must see", wiecej też ich zresztą nie obejrzeliśmy. Za to włócząc się tu i ówdzie znaleźlismy toaletę z mapą:

Instrukcja też jest. Mapa zapewne co by się w niej nie zagubić. O toaletach zresztą coś jeszcze napiszę :)

Bardzo zatłoczone uliczki Old Delhi

Żebracy na schodach. Pełno ich wszędzie …

Nocny widok na Świątynie Old Delhi

Michał (syn Bastków) fotografuje się z lokalnymi dzieciakami.

W ogóle to ciekawe, Hindusi robili nam zdjęcia częściej niż my im, często z ukrycia i czając się prześmiesznie. Czasem też próbowali nas filmować. Marysia nam powiedziała, że rocznie odwiedza Indie jedynie 5mln ludzi (w tym 20tys Polaków). To niecałe pół procenta populacji, bardzo mało prawda? Nic dziwnego, że byliśmy dla nich bardzo egzotyczni :)

Placyk na Main Bazar, dzielnica backpackerska. Zdjęcie z restauracji w której dowiedziałem się co to znaczy masala, czyli lokalna mieszanka przypraw. W każdym rejonie smakuje inaczej, każdy kucharz ma własne sposoby jej przyrządzania. Na szczęście kuchnię widziałem po konsumpcji :) O jedzeniu też jeszcze napiszę.

I na koniec dworzec kolejowy w Delhi czyli zaczynamy Podróż do Varanasi:)

Koleje indyjskie to niesamowita instytucja. Linii kolejowych jest mnóstwo, ogromna ilość ludzi nimi jeździ codziennie a słynne na cały świat zdjęcia z pasażerami jadącymi na dachu to raczej rzadkość i czasy przeszłe. Nie do końca bo jeden taki widzieliśmy w Mumbaiu ale generalnie jest bardzo dobrze. Czasem się spóźniają, czasem nawet po kilkanaście godzin (nam się zdarzyło maksymalnie dwie) ale poza tym są godne zaufania. Pociągi dalekobieżne są często ustawiane tak, że podróżuje się z miasta do miasta nocą, jedną z klas sypialnych. To najwygodniejszy sposób, jak już się człowiek nauczy spać w rozkołysanym pociągu to wtedy nie traci czasu na przejazdy z miejsca na miejsce.

Jest kilka klas pociągów, na większość z nich można zarezerwować miejsca przez Internet. Warto i trzeba bo pociągi są zatłoczone i oblegane. Jest kilka klas, klimatyzowane AC (1-3) różniące się wielkością przedziałów, Sleeper’y (nieklimatyzowane kuszetki) i tak zwana Second Class, zawsze maksymalnie zatłoczona i najtańsza. Ceny są różne, na lepsze klasy (AC) bilety na dłuższe trasy potrafią kosztować nawet kilkaset złotych (ceny porównywalne z przelotami) za to są wyposażone w zasuwane kotary przy łóżkach, czystą pościel, poduszki i takie tam. Bilet w klasie Sleeper jest dużo tańszy, np trasa 800km to ok 17-18 zł. Ale Sleeper ma jeden problem, zwłaszcza podczas zimy. Mianowicie okna się nie zamykają a hindusi nie zamykają drzwi od wagonów. Niby indyjskie zimy to nie to co nasze ale w nocy temeratura spadała do kilku stopni (6-8) więc wyobraźcie sobie co takie świeże powietrze przewiane przez wagon z otwartymi drzwiami i oknami może zrobić z pasażerami. Marźliśmy potwornie, pomimo śpiworów, polarów, czapek i rękawiczek…

O trzech rzeczach jeszcze warto wspomnieć, po pierwsze nie wiedzieć czemu ale karaluchów jest więcej w lepszych klasach (AC). W sleeperach w sumie nie widziałem ani jednego. Drugie to przypinanie bagaży łańcuchami do metalowych uchwytów, robią tak też lokalni a faktycznie bagaże kradną. No i ostatnie, nie najmniej ważne ;) hindusi w pociągach wymiotują. Niedustająco. Chyba nie są przyzwyczajeni do bujania wagonów a szyny są takie, że faktycznie nimi buja (zwłaszcza na wyższych łóżkach) więc widok wymiotującego hindusa w pociągu to raczej norma. Do wielu rzeczy musielismy się w Indiach przyzwyczaić, tak :)

Napiszę jeszcze, że przed pierwszym pociągiem wkroczyliśmy na stację z małym marginesem czasowym, patrzymy na tablicę a tam nie ma naszego … Mała panika była, nie przeczę ale na szczęście pociąg się odnalazł a my po przebiegnięciu kilkuset metrów na niego zdążyliśmy. Biegania z plecakami nie polecam ;)

Do fotek z pociągów się jeszcze nie dogrzebałem ale jak znajdę na pewno wrzucę.

Delhi jak widać było całkiem lajtowe, następne miasto, Varanasi już nie … :)

V jak Varanasi

Odcinek 3, Varanasi

Młoda dziewczynka sprzedająca łódeczki z liści wypełnione kwiatami i świeczką, do puszczania z nurtem Gangesu

Notek o Varanasi będzie trzy, mam stąd strasznie dużo zdjęc które chcę pokazać.

Varanasi, miasto znane z Gangesu, porannych w nim kąpieli, palenia zwłok nad brzegiem, ogromnej ilości krów, trędowatych i brudu. Tak, wszystko wymienione tam jest, w ilości aż za dużej dla człowieka z Zachodu. Absolutnie niesamowite miejsce, pełne kontrastów, ogromne (2mln mieszkańców według rikszarza, Internet podaje że 3,1mln) a wygląda jak przerośnięta wioska. Najbardziej chaotyczny i nieprzewidywalny ruch uliczny jaki widziałem w Indiach, aż przykro było patrzeć na karetkę pogotowia która na sygnale (z ewidentnie kiepsko wyglądającym pacjentem) usiłowała się przebijać przez miasto, obtrąbiona przez wszystkich dookoła i spychana z drogi przez wielkie ciężarówki. To nie Europa, nie :)

W ogóle Varanasi zaczęło się nam małym hardcorem. No więc w nocnym pociągu była impreza. W ramach oblewania pierwszego pociągu i Indii w ogóle postanowiliśmy wypić po drinku. I drugim. I tak po kilku godzinach skończył nam się prawie caly alkohol przywieziony w celach leczniczo-żołądkowych ;) I tak zwiedzanie miasta zaczęło się od kłótni z taksówkarzami, noszeniu ciężkich plecaków po wąskich uliczkach lawirując nieustannie pomiędzy rozmazanymi na bruku krowimi kupami, samymi krowami oraz mrowiem ludzi. Wszystko to walcząc z żołądkiem przy intensywnym zapachu ulicy i solidnym kacu. ;)

Póżniej na szczęście było już lepiej :)

Krowy, tym razem w zagrodzie, wszystko w centrum miasta

Odpoczynek na dachu, kawałek spokojnego miejsca w wiecznie rozchybotanym mieście

Poranna lektura. To raczej niecodzienny widok, około 50% populacji jest analfabetami

Uliczny fast food ;)

Wspomniane wąskie uliczki. Na szczęście z zakazem ruchu samochodów ale i tak skutery usiłują człowieka co chwilę rozjechać.

No i Ganges. Port, wanna, pralnia i śmietnik w jednym miejscu…

Tutaj też, poznaliśmy instytucję "lokalnego przyjaciela". To bardzo ciekawe zjawisko, w wielu miejscach turystycznych nadzwyczaj rozpowszechnione. Mianowicie local friend to zazwyczaj nastoletni chłopak, nieźle ubrany, czysty i znający angielski który wyszukuje grupek turystów oferując się jako lokalny przewodnik. Taki co pokaże, pomoże, poleci i w ogóle nic nie chce w zamian. Nie do końca tak jest, faktycznie chłopaki bywają pomocni bo potrafią zaprowadzić w miejsce w które samemu ciężko trafić albo pokazać coś co przeciętny turysta nie zobaczy ale trzeba pamiętać, że działają jak każdy w Indiach w grupie. Za przyprowadzenie do knajpy dostają cichaczem napiwek, w którymś momencie prowadzą Cię do ojca/wujka/brata który ma sklep i tak sprytnie prowadzą znajomość, że czujesz się zobligowany coś kupić. Proste i skuteczne. Plus jest taki, że mając jednego local frienda inni zostawiają Cię w spokoju, inaczej co kilka minut podchodzi do Ciebie następny kandydat :D Nasz przyjaciel z Varanasi miał na imię Raul a jego rodzina miała sklep z jedwabiem. Zresztą z najładniejszym jaki widziałem na miejscu, miałem więc okazję poćwiczyć umiejętniość targowania się – wielce w Indiach przydatną.

Tymczasem spacerem po mieście odkryliśmy latawce…

… porzucone na drzewach

… grupowo puszczane przez dzieciarnię

… i romantycznie latające nad miastem podczas zachodu słońca.

Pytałem się lokalnych o co chodzi, myślałem że jakieś święto czy coś ale nie. Dzieciaki puszczają po prostu dla zabawy, codziennie i hurtowo.

No i Ganges…

Trędowaci przy Ghacie Assi. Ghat to zejście do wody po schodach, cały brzeg Gangesu jest podzielony na kilkadziesiąt Ghatów, pełniących różne funkcje.

Krów zatrzęsienie

Spacerem po Ghantach

Henna.jp

Zwiedzania pierwszego dnia dużo nie było, najsłynniejsza Złota Świątynia jest niedostępna dla turystów i dla bezpieczeństwa (bywają rozruchy na tle religijnym) otoczona posterunkami wojskowymi. Za to znaleźliśmy małą tybetańską:

Chwila spokoju

No i Ganges, Ganges. Całe życie miasta jest związane ze Świętą Rzeką.

Krowa i Grzybek, Ganges w tle

W sumie nie wiem skąd to rozwieszone pranie na łódce. Podejrzewam, że właściele po prostu na niej mieszkają, niezależnie od wożenia pasażerów.

Coś jak sjesta

Ta sama dziewczynka co w pierwszym zdjęciu, tym razem sprzedająca kartki pocztowe. 10 rupii za sztukę, kupiłem, bez targowania się.

I na koniec kilka romantycznych widoków, bo takie też są choć zazwyczaj dobrze ukryte i odszukać je niełatwo …

Prawie jak doniczka :)

Klimaty portowe

Schadzka na dachu. To widok niespotykany w Varanasi. Publiczne okazywanie uczuć jest niemile widziane, zwłaszcza na północy Indii

W następnej notce ceremonia Aarti

O tym co można zobaczyć nocą w Varanasi

Odcinek 4, Varanasi, ceremonia Aarti i Varanasi nocną porą

Ceremonia Aarti

Codziennie wieczorem w Varanasi, na ghacie Dasaswamedh będącym duchowym centrum miasta odbywają się ceremonie Aarti. Cudowny i piękny hinduistyczny rytuał, bardzo wzniosły i efektowny ściąga codziennie tłumy mieszkańców i turystów. W trakcie modlitwy nad brzegiem rzeki jej uczestnicy proszą Bóstwo Matki Gangesu o spełnienie próśb zawartych w modlitwie, w zamian składając ofiarę ze światła rozpalonych świec i kaganków. Rytuał powtarza się pięciokrotnie (symbolika żywiołów), a prowadzący ją kapłani wykonują skomplikowany, symultaniczny taniec z płonącym ogniem.

Rytuał Aarti wykonywany jest przy specjalnej, nazywanej tak samo muzyce, dzwonieniu dzwonków oraz spiewowi.

Wielka rzecz!

Przygotowania do ceremonii

 

Widownia :)

Oraz sama ceremonia Aarti

Dodatkowo, parę fotek z nocnego spaceru po mieście:

Mikroskopijne świątynie rozsiane po mieście. To w ogóle ciekawe, kościoły katolickie są zawsze duże, czasem ogromne. W hinduizmie świątynie są malutkie ale jest ich dużo, bardzo dużo.

Ghat Dasaswamedh

Brzeg Gangesu

Lokalni :) Ostatni, święty mąż, przywołał mnie z tłumu, poprosił żebym zrobić mu zdjęcie po czym łamanym angielskim zażądał 100 rupii :)

Nasza ekipa i wianki :)

I na koniec, znalezisko w knajpie polecanej w przewodniku. Jedzenie faktycznie doskonałe :D

W następnej notce jak wygląda Varanasi od strony rzeki oraz o co chodzi w ceremoniale palenia zwłok i dlaczego akurat Varanasi jest z niego znane.

o Gangesie, Świętej Rzece

Odcinek 5, o Gangesie

Poranna kąpiel w Gangesie

Ganges. Ganga. Święta Rzeka. Hindusi, właściwie wyznawcy hinduizmu za taką ją uważają i według nich stanowi ucieleśnienie bogini Gangi. Bogini która zesłana na ziemię stanowi obietnicę oczyszczenia, zbawienia i świętości. Jest też ogromną rzeką, pełną mułu, powodującą monsunowe powodzie a także niebywale zanieczyszczoną i brudną. To jak kiedyś wyglądała Wisła to nic, naprawdę :)

Kapiel w świętym Gangesie zmywa z duszy i ciała wszystkie grzechy. Codziennie zatem, zazwyczaj o świcie ogromna ilość religijnych hindusów odbywa ją nader chętnie, nie bacząc na temperaturę wody i to co w niej pływa. A pływa wszystko, od wspomnianego już mułu, przez masę śmieci, ścieki, resztki oddawanych po śmierci Świętych Krów (po śmierci są wrzucane do rzeki) aż po popioły po ceremoni spalenia zwłok.

Więcej kąpieli

Ganges o świcie

Ganges, zwłaszcza w Varanasi to także najświętsze i wymarzone miejsce na koniec życia religijnego Hindusa. Spalenie nad rzeką oznacza lepsze życie w następnym wcieleniu, wyższą kastę a często ostateczny cel czyli osiągniecie Nirwany czyli wyzwolenia od cyklów życia i śmierci. To wielkie marzenie ale i kosztowny proces, mało ludzi na to stać. Mianowicie trzeba do Varanasi dojechać, nie każdy może, nie każdego na to stać. Ceremonia jest też niezwykle kosztowna. Używane przy niej drzewo (specjalny gatunek, z bardzo wonne i oleiste) kosztuje ok 250 rupii za kilogram. Do spalenia ciała (ok 2-3h w zależności od wagi) potrzeba go odkoło 200 kg co daje sumę 50 000 rupii (3333 zł) – niebagatelną dla nas a zawrotną dla lokalnych. Ciało, owinięte w najlepszy jedwab i ze wszystkimi atrybutami bogactwa (biżuteria) przed spaleniem jest zanoszone do rzeki gdzie po raz ostatni jest obmywane w Świętej Wodzie. Następnie pomocnicy (workers) układają je na stosie drewna a przedtawiciel rodziny (zwykle syn) zapala pochodnię od świętego i utrzymywanego od bardzo dawna ognia i podpala stos w pięciu miejscach (symbolika żywiołów). Ciało jak pisałem płonie do 3 godzin, dym jest praktycznie bezwonny, drewno faktycznie zabija zapach. Podczas ceremonii zmarłemu towarzyszą tylko męscy członkowie rodziny, ceremonia żeby się udała powinna być radosna, bez rozpaczy i płaczu więc obecność kobiet jest niepożądana. Po spaleniu popioły są spychane w kierunku rzeki. Codziennie w jednym Ghacie pali się ok 300 zwłok, 24h/dobę.

Za samą ceremonię się nie płaci, płaci tylko za drewno. A pracownicy Ghatu zarabiają w ten sposób, że przesiewają popioły szukając niepalącej się biżuterii, złotych zębów czyli wszystkiego co cenne a co rodzina oddaje. I to zrobiło na mnie największe wrażenie, widok nastoletnich chłopaków przesiewających popiół z resztkami ciał za pomocą sit, jak poszukiwacze złota na Dzikim Zachodzie …

Powyższy opis usłszałem od pracownika hospicjum który znajduje się tuż przy Ghacie, za drobną opłatą chętnie opowiedział wszystko i pokazał nam cały proces. W tym miejscu nie można robić zdjęć, żeby nie zakłócać trwających ceremonii. Szanując to zrobiłem tylko kilka, z daleka, z wody (można).

Ghaty palenia

Barki z drewnem

Jeżeli ktoś mieszka daleko od Gangesu powszechne jest spalenie w innym miejscu i przywiezienie popiołów do rzeki. A jak kogoś nie stać na drewno i ceremonię? Można wykupić spalenie w piecu elektrycznym (800 rupii) lub opcja ostateczna zatopienie z kamieniem przywiązanym u nogi (200 rupii). Pisząc tą notkę przejrzałem kilka stron, widziałem zdjęcia niespalonych, rozkładających się ciał w rzece. Na własne oczy tego nie widziałem, nie chciałbym także ale nie wątpię, że takie rzeczy zdarzają się często…

Ok, to jeszcze trochę zdjęć znad rzeki:

Poranki w zimie bywają chłodne, ognisko wskazane

Pranie bielizny

Ghaty

Wschód słońca

Ptaki

Oraz kilka zdjęć z miasta:

Żebracy nad rzeką

Krowa, pies i motocykl

Sprzedawcy jedwabiu, rodzina Raula o którym pisałem w poprzedniej notce

Oraz dworzec kolejowy na którym poznaliśmy dwie kompletnie zagubione Szwedki czekające na pociąg bez biletu …

BTW, ze słowem „hindusi” to jest tak, że hindusi to nie mieszkańcy Indii tylko wyznawcy hinduizmu, najpopularniejszej ale nie jedynej religii w Indiach. Sami mieszkańcy mówią o sobie „Indian people” albo „People of India” więc natychmiast zaczeliśmy nazywać ich Indianami :) W końcu nawet Kolumb się pomylił :)

A na koniec pielgrzym wieczorową porą

W następnej notce bardziej ludzka twarz Varanasi czyli pobliska Sarnath

Wielokolorowe buddyjskie flagi modlitewne

Odcinek 6, Sarnath

Buddyjskie flagi modlitewne przy Stułpie Dhamekh

Sarnath.
Tak blisko Varanasi, jedyne 13 km a tak różne miejsce. Sarnath to mała wioska w której zlokalizowane jest jedno z najświętszych miejsc buddyzmu, w której według legendy Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Miejsce ciche i spokojne, bardzo czyste, sprzyjające zadumie i rozmyślaniom. I to wszystko obok chaotycznego i brudnego Varanasi.

Oczywiście na teren kompleksu wchodzi się kupując bilet i jak zwykle bilety są w różnych cenach, w zależności od pochodzenia kupującego. Działa to tak że, są dwie ceny: jedna dla mieszkańców Indii, druga dla turystów. Różnica jest porażająca, nasze bilety w różne miejsca kosztowały przeciętnie 250 rupii (maksymalnie 750 do Taj Mahal) a dla lokalnych 5-10. Czyli 17 zł do 66 groszy. Niby 17 złotych to też niedużo ale to rzecz w Europie niespotykana. W jednym miejscu spotkałem się z jeszcze większym podziałem, lokalni mieszkańcy miasteczka 5, Hindusi 20, inni Azjaci 50, pozostali (znaczy biali) 125. Taka prawdziwa segregacja rasowa ;)

Kompleks świątynny, w tle stułpa

Panowie z zajawki, tym rowerem przenosili kamienie z miejsca na miejsce. Bez widocznego sensu ale z wielkim zapałem

Odświeżanie napisów na tablicach, tablice tylko po angielsku

Stupa Dhamekh w cełej okazałości, stoi w miejscu w którym Budda wygłosił swoje kazanie

W buddyzmie stułpy mają pozytywny wpływ na pole mocy wszechświata. Dhamekh jest nazywana „Stułką Mądrości”. Jak widać to bardzo spora konstrukcja, prosta (brak wejścia do środka) ale jej powierzchnię pokrywają pozacierane już wzory i płaskorzeźby. Stułpa ma 34 metry wysokości, jest naprawdę potężna. Wg wikipedii uważa się, że nawrócony na buddyzm Aśoka postawił za swojego życia około 80 000 tego typu budowli. Całkiem sporo kamieni, nieprawdaż?

Buddyjscy pielgrzymi

Tybetańskie flagi modlitewne. Rytualne, mające na celu oczyszczenie okolicy lub rozwieszane w celach leczniczych.

Wychodząc z kompleksu spotkałem wycieczkę szkolną, dziewczyny chichocząc robiły mi zdjęcia, ja im, pełna symbioza :)

Później jeszcze kilka świątyń…

… oraz zdjęcie pamiątkowe i wyjeżdżamy z Sarnath i Varanasi.

Czas na słynne z kamasutry Khajuraho… :D

Dzień Republiki w Khajuraho

Odcinek 7, Khajuraho i Dzień Republiki


Kolorowy pokaz tańców regionalnych

Miasto jest znane z płaskorzeźb Kamasutry ale pierwsza notka będzie o czymś innym, mam nadzieję, że mi wybaczycie :)

To był ciężki dzień dla mnie. Po kolejnej nocy w zimnym pociągu dotarliśmy do Khajuraho wczesnym rankiem. Byłem niewyspany, chory, z temperaturą i katarem a na dokładkę bolał mnie żołądek. Nie zatrułem się niczym, nic takiego, po prostu raptowna zmiana jedzenia, produktów używanych do jego przygotowania czy ostrych przypraw spowodowała to, że organizm zaprotestował i potrzebował trochę czasu na dojście do siebie. W ogóle, pomimo powszechnego mitu, że w Indiach wszyscy się trują my cały wyjazd byliśmy (poza zatruciem Marty sałatką warzywną) w miarę OK. Ale ten dzień przespałem prawie cały, kuląc się w polarze pod śpiworem…

W ogóle proszę Państwa te wszystkie „zemsty Faraona” i inne „obowiązkowe” zatrucia w tropikach to mit jakich mało. Można się zatruć oczywiście ale na pewno nie z powodu innych bakterii występujących w ciepłych rejonach świata. Bakterie są te same, przeważnie, mogą się jedynie różnić czasem wylęgania i intensywnością występowania.

Jest kilka zasad, co robić, żeby się nie zatruć w tropikach. Absolutnie obowiązkowych. Po pierwsze uważać na wodę, a pić jej trzeba bardzo dużo. Wodę pijemy tylko butelkowaną, taką co sami otworzymy i sprawdzimy zakrętkę czy nikt przypadkiem nie próbował nas oszukać wlewając kranówę i zakręcając butelkę. Także woda w butelce zostawiona na noc, nawet zakręcona, w ciepłym klimacie następnego dnia nadaje się już tylko do wyrzucenia. Nie mówiąc już o otwartych i stojących w temperaturze pokojowej (np. 35oC :D) sokach owocowych. Biegunka natychmiastowa :)

Uważać też należy w barach, na dolewaną do soków wodę lub robiony z kranówki lód.

Druga zasada to przez kilka dni po przyjeździe jemy mało. Nie przejadamy się za bardzo, pozwalamy na to, żeby organizm łagodnie przyzwyczaił się do kompletnie innych składników czy sposobu przygotowania potraw. Istotne jest też to, że w Europie używamy ogromną ilość chemii, organizm się do tego przyzwyczaja. Tam tego zazwyczaj nie ma a to bardzo zmienia skład produktów. Ja zawsze odchorowuję powrót do domu, nigdy wyjazd w tropiki :)

Trzecia, to co smażone w głębokim tłuszczu jest prawie zawsze bezpieczne, zagrożeniem są warzywa (takie które sami nie kupiliśmy i nie obraliśmy), tak samo owoce lub soki owocowe. Bezpieczniejsze są potrawy bezmięsne, zwłaszcza kupowane na ulicy.

I ostatnia, jeść tam gdzie jedzą tubylcy, w knajpach czy budach, czy nawet na ulicy ale tylko w miejscach gdzie kłębią się lokalni i nie ma wolnych stolików. To prawie gwarancja, że jedzenie będzie dobre i świeże (bo szybko schodzi) oraz bezpieczne dla nas (bo jak by się mieszkańcy zatruwali to nikt by do knajpy nie chodził). Dla nas to też szansa na prawdziwe tradycyjne smaki, nie takie turystyczne i wygładzone. I dodatkowo w takich miejscach zawsze jest taniej, czasami 10 razy :)

Więc, nie dziwią mnie opowieści o zatruwaniu się np w hotelach All-Inclusive w tropikach, jedzenie tam to zaprzeczenie wszystkich powyższych zasad :)

No dobra, wracając do Indii, Dzień Republiki to drugie najważniejsze święto państwowe w Indiach (po Dniu Niepodległości). Został ustanowiony dla upamiętnienia przyjęcia przez ten kraj Konstytucji w styczniu 1950r i tym samym przekształcenia Indii w republikę. Tego dnia odbywają się w całym kraju malownicze parady i uroczystości. W Khajuraho to były parady szkół.

Parady prowadzone przez ciągniki

Hałaśliwa oprawa muzyczna

Na platformach dzieciaki poubierane w stroje tradycyjne

Klasa żeńska

Niektóre prezentowane atrybuty były interesujące, np samolot / rakieta ?

Albo jeep z terrorystami (?) :)

Wszystko to oczywiście trzeba sfotografować

A po przejściu parady zadzwonić do rodziny i opowiedzieć o swoich wrażeniach

Wieczorem lokalny przyjaciel który się przypałętał do dziewczyn kiedy ja dochodziłem do siebie w ciągu dnia zaprowadził nas na pokaz tańców tradycyjnych. Nawet ciekawe były choć na widowni tak na 300 osób było może 8 (w tym nasza czwórka) – 300 rupii. Przewodnik bardzo mi podpadł, już nawet nie pamiętam czym więc go spławiłem i resztę pobytu spędziliśmy zwiedzając sami. W ogóle to już był nasz ostatni przyjaciel -przewodnik, później skutecznie radziliśmy sobie z odmawianiem następnym kandydatom.

Pokaz tańca

Na koniec dnia jeszcze spotkaliśmy bardzo sympatycznego staruszka z Polski, na emeryturze, co roku spędzającego zimy w Indiach. Dużo nam opowiedział co zwiedzać a co nie, pomógł nam określić co ile powinno kosztować (bardzo istotna wiedza przy targowaniu się) oraz sporo opowiedział kulturze i zwyczajach. Sam mieszkał tam w wynajętym przy rodzinie pokoju (50 rupii za noc) i był bardzo szczęśliwy, że może sobie porozmawiać po polsku choć trochę. Pozdrawiam serdecznie!

A w następnej notce obiecane rzeźby z Kamasutry i absolutnie niesamowite świątynie na których one się znajdują. Cudo!