Autor: qbk

  • Mumbai Docks, w klapkach przez ryby

    Odcinek 20, Mumbai Docks

    Klapkiem przez ryby, Mumbai Docks
    … czyli jak to się stało, że wylądowaliśmy na targu rybnym w trzecim największym mieście na świecie

    A było to tak …

    Do Mumbaiu (czyli przemianowanego w 1995 Bombaju) dolecieliśmy późnym popołudniem, już w trójkę czyli w zmniejszonym składzie. I w końcu było naprawdę gorąco, pierwszy dzień prawdziwych tropików! Już lotnisko przywitało nas słońcem i 27 stopniami, w nocy temperatura spadała do 20-22, czyli do temperatury z której cieszyliśmy się w ciągu dnia na północy. Bajka!

    Zapakowawszy siebie i bagaże do taksówki ruszyliśmy w stronę naszego hotelu. I tutaj okazało się jak wielkie jest miasto. Gigantyczne! Lotnisko jest w samym środku (nie w centrum ale środku geometrycznym) a do naszego hotelu w staromiejskiej i artystycznej dzielnicy Colaba jechaliśmy dobre dwie godziny (24 km) w makabrycznych korkach. W mieście wg Wiki żyje ponad 12,5 mln mieszkańców (3 miejsce ma świecie) a ponad 21 milionów w aglomeracji! Połowa ludności Polski proszę Państwa, na terenie porównywalnym z Warszawą!!! W Mumbaiu mieszka 20 tys osób na km2, w Warszawie jedynie 3tys, i to widać, wszędzie dookoła. Tłumy ludzi, tłumy samochodów, wysokie budynki, korki…

    Ale o Mumbaiu jeszcze napiszę, miałem o rybach, będzie o rybach :)

    Pomysł wziął się z jednej sceny z filmu Agneepath widzianego w Jaipurze. W tejże migawce chłopaki ciągnęli przez Bombaj wózek z wielkimi rybami (wyglądały jak tuńczyki ale kto je tam wie). I scena była tak fajna, że cały czas chodziła mi gdzieś po głowie, więc jak tylko zobaczyłem na mapie miasta napis Fish Market Docks wiedziałem, że muszę tam trafić! Udało mi się nawet namówić dziewczyny, nie było łatwo bo wstać trzeba było grubo przed świtem. Już rano, kiedy cudem udało się zwlec z łóżka żal mi się ich zrobiło i powiedziałem, że jak chcecie to śpijcie, ja sam pójdę ale (pełen nadziei), jakby co wychodzę za 10 minut… I to ewidentnie podziałało jak budzik, cała ekipa była gotowa prawie natychmiast.

    Daleko nie mieliśmy, może 3 kilometry, prowadziła nas nokiowa nawigacja i zapach ryb, coraz silniejszy w miarę zbliżania się do celu. Do doków dotarliśmy kiedy jeszcze było zupełnie ciemno, pomost już nie spał, oj nie…

    W dokach było gwarno jak w centrum miasta w godzinach lunchu, ciężarówki, wózki z rybami, nawoływania cumujących kutry młodych chłopaków, kobiety z wielkimi miskami z krewetkami na głowach, wszystko przeciskało się przez tłum już sprzedających ryby handlowców, marynarzy i sprzedawców lodu.

    Proszę Państwa, to było obłęd! Ścisk, tłum, desperacja żeby dotrzeć jak najszybciej z rybami na dobre miejsce do sprzedaży, rozładować kuter, nie rozsypać krewetek czy nie zrzucić wielkich ryb z prostokątnych wózków. Tempo w jakim to wszystko się działo spowodowało, że dobre 15 minut staliśmy wciśnięci gdzieś w kąt, nie mając odwagi włączyć się w ten chaotyczny ruch. Niesamowite wrażenia!

    Pikanterii dodawał fakt, że w dokach nie można robić zdjęć. Obok, znajduje się baza wojskowa, co prawda policji nie było widać ale kilka osób zwróciło mi uwagę, żebym się za bardzo z aparatem nie wychylał. Natomiast większość rybaków była nami zachwycona, to jest takie miejsce gdzie turyści się nie pojawiają, zrobiliśmy wśród nich wielkie wrażenie!

    Błąkałem się po targu spory kawałek czasu, rozmawiałem z dumnymi z połowu kapitanami kutrów, oglądałem wielkie ryby i małe rybeczki, przeciskałem się przez tłum kobiet noszących połów. Buty po tym wszystkim śmierdziały mi rybami tak straszliwie, że były nie do umycia na miejscu. Do końca wyjazdu zamieszały w hermetycznej torbie, nawet lecąc do Polski miałem na nogach sandały. Dopiero w domu, po dwukrotnym praniu przestały mieć zapach doków :)

    Rybak podaje połów na brzeg

    Segregacja drobnicy

    Już po rozładunku, rybacy czekają na wypłatę

    Klar na łajbie

    Jeszcze jeden rozładunek, śliskie ryby były rzucane na brzeg

    Załoga dumnie je prezentowała

    Wszystko się dzieje na betonie pomostu, pełnym brudnej wody i rybich łusek

    Segregacja i wielkie kosze do noszenia połowu

    Sprzedawca lodu

    Część handlowa doku, do wyboru, do koloru!

    Kupi Pan rybkę?

    A może większą? ;)

    Na koniec, idąc z powrotem do hotelu (rozumiecie: prysznic, oddanie ubrań do prania…) zjedliśmy ciastko i wypiliśmy kawę (48 rupii) w jednej z najbrudniejszych i najpaskudniejszych knajp jakie widziałem w życiu. Nazywała się Cafe de France i była dla odmiany muzułmańska. Niesamowite jak bardzo zmieniła się moja wrażliwość na brud, smród i syf w ciągu tych dwóch tygodni :) Ale kawa, choć podana w brudnych filiżankach była rewelacyjna!

    PS. Na kolację oczywiście były ryby :D

  • O tym jak się w dżinijskiej świątyni zawiesiłem kompletnie

    Odcinek 19, Ranakpur

    Ranakpur Jain Temple

    Ranakpur, mała miejscowość około 100 km, właściwie nic w niej nie ma poza świątynią dżinijską. A ta jest absolutnie niesamowita! Zbudowana w XV wieku, poświęcona Adinathowi, nadal funkcjonująca. Jest duża, naprawdę duża, niby monumentalna ale wykonana z niesamowitą precyzją i koronkowo wykończona. Dach świątyni wspiera się na 1400 kolumnach i każda, naprawdę każda jest inaczej zdobiona. Robi to obłędne wrażenie! Na tyle niesamowite, że oglądając je kompletnie się zawiesiłem, łaziłem kilka razy dookoła, focąc co popadnie, setki zdjęć tam zrobiłem, setki! A na koniec usiałem gdzieś na marmurowym schodku i patrzyłem z mętnymi oczami na cuda dookoła. Polecam to miejsce, bardzo polecam. Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem. Ever!

    Najpierw droga, jedna z lepszych jakimi jechaliśmy w Indiach. Po drodze kierowca opowiadał nam historię swojego małżeństwa. O tym, że było aranżowane, że swoją żonę zobaczył po raz pierwszy nawet nie na weselu ale dopiero kilka godzin po. Kilka godzin, bo jego żona przerażona opowieściami innych kobiet o tych wszystkich zberezeństwach które się w sypialni uprawnia nie chciała go do ich małżeńskiej wpuścić. A jak już wpuściła to kilka dni kazała mu spać na podłodze. Takie są realia indyjskiego pożycia :)

    Dziewczyny w sari

    No i sama świątynia, wejście zbudowane jak domek z kart

    Ceremonia religijna w środku

    Dzwon modlitewny

    Kolumny, kolumny …

    Kolumn detale

    Korytarze

    Sklepienia

    Detale

    Słonie

    Mała kapliczka i bębny modlitewne

    Widok na świątynię z pobliskiego wzgórza

    Takie to miejsce jest, niesamowite!

    I na koniec …

    Małpa na MotoRikszy. Indie :)

    Spotkany po drodze Pan od Dywanów. Dywany jak dywany ale fajnie je tkał.

    Chwila zadumy w świątyni …

  • Welcome to India, Mr. Bond

    Odcinek 18, Udaipur

    Znak swastyki na ścianie Jagdish Temple

    Znak ten (swastika), nam kojarzący się wyłącznie z hitlerowcami i Adolfem Hitlerem a tak naprawdę jest bardzo starym azjatyckim symbolem i oznacza „przynoszący szczęście”. W Indiach bardzo często go widziałem, nie tylko w miejscach religijnych ale też ogólnie na wszystkim, budynkach, reklamach czy samochodach. Przynosi szczęście, pomyślność i powodzenie.

    Co można znaleźć w Udaipurze poza City Palace, ostatnim mogolskim zabytkiem jaki oglądaliśmy?

    Ano świątynię Jagdish Temple, wybudowaną w 1651 roku, hinduistyczną i w samym centrum turystycznej części miasta. Świątynia ładna, słonie obowiązkowo wykute na ścianach. Ciekawe, że świątynia wygląda trochę nie na miejscu wśród zalewu reklam i folderów.

    Jagdish Temple

    Słonie, obowiązkowo

    Inne narożniki

    Holy feet, the feet of the buddha. Wersja odbiciem zduplikowana

    Wielkooczny Garuda

    Bogato w rzeźby obfita ściana świątyni

    Żebrak śpiący w cieniu słonia. Słoniowi tylko nogę widać ale tam był, zapewniam :)

    Świątynia świątynią ale o co chodzi z Bondem? Ano Proszę Państwa, Udaipur żyje tym, że prawie 30 lat temu kręcono w nim film z Jamesem Bondem, Octopussy (Ośmiorniczka). Po tych ulicach przechadzał się Roger Moore, tutaj jadł, tutaj spał, tu kręcił a tutaj to nawet za potrzebą zaszedł. Dwa razy! I teraz w każdej knajpie czy hotelu w Udaipurze można obejrzeć puszczany na okrągło film, czasem z niemiłosiernie startej kasety VHS, czasem w lepszej kopii z DVD. Nam udało się jakoś uniknąć oglądania ale łatwo nie było ;) Choć może obejrzę teraz, w Polsce, w końcu Roger Moore :)

    Film kręcono głównie w Monsoon Palace, pięknym pałacu na wyspie, teraz funkcjonującym jako hotel. Nie mogliśmy się dostać do środka bo właśnie tego dnia odbywało się w nim wesele ale popłynęliśmy dookoła łódką, bardzo urokliwe miejsce, zaiste.

    Szukamy łódek …

    ale odpływają tylko z jednego miejsca, za to pałacyki nad brzegami jezior bardzo ładne

    Rower wodny był ciężko dostępny

    W końcu znaleźliśmy Bondowski Monsoon Palace

    A słońce zachodziło

    Łódki też się znalazły

    Wesele na wyspie musiało być wypasione. Na kamiennych słoniach siedzieli ludzie, w ramach żywej dekoracji

    Widok na góry po drugiej stronie jeziora

    Nieco żywej natury

    Pałac Jag Mandir

    Noc zapadła, Udaipur nocą jest jeszcze piękniejszy niż w dzień

    Wyspy pałacowe

    A na koniec …

    Kelnerzy ogrzewający się przy ogniu

    Książki na sznurkach

    Całkiem nowoczesne lotnisko

    W Udaipurze (koniec drugiego tygodnia naszego pobytu) pożegnaliśmy Bognę która przez Delhi i Moskwę wróciła do Warszawy, akurat na 30stopniowe mrozy. Biedna była … Natomiast z resztą ekipy, lokalnym samolotem (całkiem w porządku) polecieliśmy do tropikalnego, wielkomiejskiego i naprawdę ogromnego Mumbaiu.

    Agenci od biletów lotniczych. Ostatni przewoźnik to KingFisher, marka najbardziej znanego piwa w Indiach :)

    W następnej notce jeszcze nie o Mumbaiu będzie, z Udaipuru pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę do Ranakpur, zobaczyć Jain Temple – jedną najpiękniejszych świątyń jakie widziałem. W życiu.

  • O kolorowych szkiełkach i siedzeniu w kucki

    Odcinek 17, Udaipur

    Udaipur, Miasto Jezior, Wenecja Wschodu

    Udaipur to piękne miasto. Nadzwyczaj czyste, zwłaszcza w porówaniu z Agrą i Varanasi. Ładne budynki, mało śmieci na ulicy, jeziora, hotele na wodzie i nawet są normalnie wyglądające knajpy. Także słynące z pobytu Rogera Moora, tego od martini wstrząśniętego a nie zmieszanego który to w pałacach na wodzie robił to co zwykle James Bond robi. Znaczy wybuchy, strzelanina, podrywanie pięknych kobiet, takie tam ;) Ale o tym w następnej notce.

    Dobre miejsce, żeby się zatrzymać na kilka dni, nas też przyjęło pozytywnie. Było ciepło, słonecznie, dobre jedzenie a i po czystych ulicach spaceruje się jakoś przyjemniej.

    Architektura nieco…

    grecka

    Nawet chaos na ulicach jakoś mniejszy

    Red Hot Chilli Peper

    Poranna drzemka

    Widok na miasto z pałacu

    Pozwiedzaliśmy trochę miasto i okolice, przede wszystkim słynny City Palace

    Kompleks jest naprawdę duży, obejście całości zajmuje kilka godzin. Składa się z kilku przylegających do siebie pałaców, budowanych od 1559 roku, wszystkie w podobnej konwencji. Znaczy z jasnego piaskowca i różnorakimi kolorowymi dekoracjami w środku. Sporo jest zabawy w grę świateł, niektóre pokoje są nieco kiczowate i sprawiające wrażenie domku dla lalek ale generalnie to i tak ładne miejsce. Warto pościerać sandały na pałacowym bruku. Bo tak, w końcu było na tyle ciepło, że mogłem je założyć :)

    A co w środku?

    Indyjskie wycieczki, tym razem żeńska, chroniona przez przystojniaka w pomarańczowym berecie z pomponem

    Słonie, dla odmiany ;) Słoń był fajny, przywiozłem podobnego namalowanego na materiale

    Eksponaty mają różną wartość artystyczną

    Komnata króla, właściwie jego łazienka. Wanna nas bardzo kusiła bo cała nasza czwórka weszła by do niej wygodnie

    Na królewskim tarasie zalęgły się witraże

    Oraz nieco upiorna płaskorzeźba

    Kolejne przejścia, kolejne kolumny

    Fontanna w rzymskim stylu

    Jeszcze jedna wanna. Rozmiar jak dla haremu :)

    Korytarz w kolorach ruchu ulicznego

    Dziedzińce pokryte mozaikami

    Lustrzana komnata

    Ehm, słoneczko ?

    Paw był śliczny, wykonany z mozaiki układanej z dużym pietyzmem

    Okno na świat

    Wychodzimy na zewnątrz, pilnowany przez śpiącego strażnika letni pawilon

    Mały ołtarz mojego ulubionego Ganesha

    A wszystkiego pilnuje siedząca w kucki ochrona. Tak w ogóle to cały kraj siedzi w kucki. W dokładnie taki sposób, obie stopy są płasko na ziemi. Dla nas to jest średnio wygodne, wymaga przyzwyczajenia ale dla hindusów to najbardziej popularna pozycja. Je się w kucki, czeka na wszystko w kucki, odpoczywa, czyta, pije Chai Masala, przysypia oraz defekuje oczywiście. Przy okazji, widziałem kilka razy mężczyzn sikających w tej pozycji, co kraj to obyczaj, naprawdę.

  • Just another sunset

    Zachód słońca nad Lake Pichola, w ramach zajawki do notek o Udaipurze

  • O tym, że Katrina cycków nie pokazała, jej siostra i owszem a trup w tle ścielił się gęsto

    Odcinek 16, Jaipur, Bollywood Movie

    Koniec seansu Agneepath w Raj Mandir, słynnym na całe Indie kinie

    Gdzie obejrzeć Bollywoodzkie filmy? Najlepiej w Jaipurze, w słynnym kinie Raj Mandir!
    Najpierw trzeba kupić bilety, przedsprzedaży nie było, kasy otwierają na 45 minut przed seansem. Są dwie kolejki, oddzielnie dla kobiet i mężczyzn a także różne klasy biletów. My wybraliśmy najdroższą i najbardziej komfortową, diamentową lożę na balkonie – 150 rupii za miejsce. Kino jest ogromne, 1237 miejsc i niezmiennie przez hindusów oblegane.

    Raj Mandir

    Posiłek w McDonald przed seansem. Hamburgerów z wołowiny nie dowieźli ;)

    Więc, mamy bilety, popcorn w łapkach, Pan pomagacz z latarką prowadzi nas na miejsce i jedziemy. Krzesła wygodne, nawet się rozkładają. Byliśmy na Agneepath, na prawie premierowym pokazie. Film jest nowym wykonaniem przeboju z lat 90tych i nie był typowy dla kina Bollywood, tańców mało za to trup ściele się gęsto a emocje miłością rozbuchane szaleją. Pewien kłopot sprawiło nam to, że film w hindi, bez angielskich napisów ale fabuła choć skomplikowana była całkiem logiczna i dało radę zrozumieć o co chodzi. Przed seansem obawiałem się, że szybko usnę (chrapałem jak dziecko po 30 minutach „Czasem słońce, czasem deszcz”) ale nie, oglądanie filmu tutaj to niesamowita rzecz, film trwał 3h, w środku miał przerwę a na sali lokalesi gwiżdżą, tupią, wyją i krzyczą podczas różnorakich momentów. Takich rozbieranych oczywiście nie było, w końcu to Indie ale wiele intensywnie sugestywnych i owszem :)

    Seriously, niebywałe wrażenia ;)

    W rolach głównych bożysze kobiet Hrithik Roshan, równie znany co Shahrukh Khan a dużo młodszy oraz śliczna Priyanka Chopra

    Tańce też były :)

    Niebywale seksowna Katrina Kaif w niepoprawnej politycznie scenie. To jedna z najbardziej znanych indyjskich aktorek która miała niedawno problemy z powrotem na scenę po tym jak jej młodsza siostra Isabella Kaif poszła w ślady Paris Hilton i „opublikowała” swoją sex taśmę. Skandal w purytańskich Indiach jak się zapewne domyślacie był niebywały.

    Później w Indiach dowiedzieliśmy się, że Bollywoodzkie filmy to raczej na prowincji bo w naprawdę dużych miastach jak Mumbai czy Delhi popularniejsze jest kino zachodnie.

    Co oprócz kina? Pochodziliśmy trochę po mieście, zwiedzać nam się jakoś nie chciało za to zakupy były więcej niż udane. Ja w ogóle czułem przesilenie Indiami tamtego dnia, chyba każdego to w tym kraju dopada. Ale szybko przeszło :)

    Laundry day

    Sałatkę warzywną Pan życzy?

    Zaparkowany pod sklepem słoń

    Szlajając się po Jaipurze trudno w końcu nie trafić na jakiś zabytek. To ściana słynnego Hawa Mahal (Pałacu Wiatrów), część Różowego Miasta, powstałego dekretem Dźaja Singha, który żeby zrobić większe wrażenie rozkazał pomalować całe miasto na ten kolor.

    Uliczny fast-food. Kulki z soczewicy oraz chyba pietruszką i ostrymi przyprawami, bardzo dobre.

    Warzywa jak wszystko kupujemy na ulicy

    Zima jest, kozy trzeba poubierać

    Kobra leniwie wyłania się z koszyka

    Wielbłądy, jak słoń zaparkowane

    Oraz trzeci, przy pracy

    I na koniec sklep ze słodyczami. Są koszmarnie słodkie, podobne do tych arabskich, składają się głównie z skarmelizowanego cukru i miodu. Dla koneserów ;)

    A w następnej notce Udaipur zwany całkiem słusznie Wenecją Wschodu i Bond, James Bond

  • Rzecz o małpim raju

    Odcinek 15, Jaipur, Monkey Temple

    Wnętrze jednej z małych świątyń Galwar Bagh

    To już 15 notka o Indiach a ja dopiero w połowie wyjazdu jestem… Dzisiaj o Jaipurze i Świątyni Małp.

    Jaipur zaczął się źle. Bardzo źle. Pociąg z Agry się spóźnił, koczowaliśmy kilka godzin w Akrze na dworcu i zamiast wieczorem dotarliśmy do Jaipuru późno w nocy. W pociągu było też zimno, okrutnie zimno, uszy i nosy marzły a szkliwo na zębach pękalo. No może prawie ;)

    Najgorszy był kierowca motorikszy jednak. Droga z dworca do hotelu nie była długa, 1,2 km według mojego nokiowego GPS’a ale tenże kolega zdołał mnie w tym czasie doprowadzić do białej furii i chęci zainicjowania poważnego incydentu międzynarodowego. A to tylko kilkoma komentarzami i próbą kombinowania jak tu nas zawieźć do innego hotelu. Plus, w dodatku, last but not least chamskimi pytaniami o dziewczyny…

    W każdym razie do incydentu nie doszło, chęć mordu i zakopania delikwenta w ogródku warzywnym minęła a my dostaliśmy się do hotelu. To, że pokoje były sporo droższe niż oczekiwaliśmy już nas bardzo nie zdziwiło. Za to były naprawdę fajne a jeden z nich nawet OGRZEWANY! :)

    Na szczęście rano już było dużo lepiej, jajecznica z warzywami i imbirem na śniadanie wprawiło mnie w tak dobry humor, że nawet wybaczyłem podany nam napój kawopodobny. No i było ciepło, w końcu naprawdę ciepło. Dwadzieścia kilka stopni, słońce wysoko, marzenie – w końcu lokalizacja obok pustyni swoje robi :)

    Jaipur. Średniej wielkości miasto (coś ze 3,5 mln mieszkańców ;) słynne jako Różowe Miasto od koloru budynków w starej jego części. Ale ile można oglądać zabytkowe budynki, plany się więc zmieniły i pojechaliśmy obejrzeć wzgórze zwane Świątynią Małp a wieczorem pójść do kina. Bo tak!

    Małpy i małpiątka

    Świątynia Małp zwana lokalnie Galwar Bagh jest w Galcie, wiosce na przedmieściach Jaipuru. To w zasadzie dwa byty, Galwar Bagh to stary kompleks hinduskich świątyń malowniczo ukrytych pomiędzy skałami. Nadal jest czynny a mieszkający w nim bramini (kapłani z wysokiej kasty) opiekują się budynkami i prowadzą nabożeństwa. Drugim bytem jest samo wzgórze które upodobały sobie małpy, podobno jest ich w okolicy 6 tysięcy, całkiem to możliwe. Miejsce jest mało znane, spora część przewodników je pomija, moim zdaniem niesłusznie bo warto tam dotrzeć. Za to jest pusto i nie trzeba płacić za wejście :)

    Zapraszam więc na spacer.

    Małpia rodzina. Zwierzaki są hołubione przez mieszkańców, karmione bananami i orzechami

    Świątynie Galwar Bagh

    Czujny ojciec rodziny

    Oraz jego trzódka

    Dochodzimy do kompleksu świątyń, na początku baseny kąpielowe

    Jak widać używane

    Całość jest niezwykle ładna i ciekawa architektonicznie, budynki są wkomponowane w skały, wręcz wyrastają z nich i malowniczo odbijają się basenach.

    Wnętrze świątyni, zawieszone paski materiału mają wspomóc płodność

    Wielkouchy Ganesh, lubimy Ganesha :)

    Inne bóstwa, jak zwykle bajecznie kolorowe

    Widok z trawy na Świątynie

    Małpie marchewki

    W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze jedną światynię, bramin opiekujący się nią mówi mieszaniną angielskiego i hindu z naciskiem ten drugi więc niewiele rozumiem. Jedynie na koniec wywodu „hundred rupee” było zrozumiałe ;)

    Świątynia za to jest bardzo ładnie utrzymana

    Na koniec widok na Jaipur ze wzgórza

    W następnej notce o tym jak poszliśmy do kina na bollywood’zki film

  • Agra i Fort Czerwony

    Odcinek 14, Agra i Fort Czerwony

    Pozwiedzajmy jeszcze trochę zanim pojedziemy dalej

    Na początek Mauzoleum Akbara, spokojne miejsce na przedmieściach Akry

    Pełne zakochanych

    Jelonków

    Oraz łamiących prawo małp

    Dalej następne małzoleum, Itmad-Ud-Daulah, zwany przez lokalnych „Baby Taj Mahal”. Było wzorem dla później wybudowanego Taj’a

    Intensywnie niebieski pomnik B. R. Ambedkara, wielkiego popularyzatora edukacji

    Wejście do słynnego Czerwonego Fortu (Red Fort), drugiego najbardziej znanego zabytku w Akrze. Na poczatku pełnił funkcję obronną, później reprezentacyjną i rezydencjalną. Zbudowany w 1573 roku, masywny i zgodnie z nazwą intensywnie czerwony.

    Brama, oblężenie w toku

    Jeden z dziedzińców

    Wnętrza, w ramach elementów dynamicznych fotografii wystąpili: Hindus i papupa

    Z Fortu widać Taj Mahal, pod tym kątem wygląda trochę jak rafineria ;) Przed budynkiem nadrzeczne slumsy

    Mekka zakochanych. Jeżeli widać w północnych Indiach pary trzymające się za ręce to tylko na uboczu, w drogich knajpach albo właśnie w zamknietych i ogrodzonych miejscach turystycznych. Takie miejsca działają trochę jak enklawy zachodnich zwyczajów.

    Staruszkowie

    Turyści się kłębią, japońscy jak na całym świecie, z kamerami

    Puzzle z kwiatów

    Chandni rozmową zaangażowana

    Kopuły w kształcie piersi występują parami

    I na koniec Hinduski poszukujące turystów do pamiątkowego zdjęcia

    Ostatnia pamiątkowa fotka Taj Mahal do wysłania MMS’em ;)

    I jedziemy dalej … pociągiem do Jaipuru