Autor: qbk

  • O przechodzeniu pod pociągiem

    Odcinek 13, Agra, życie miasta

    Dzieciaki noszące chrust zebrany nad brzegiem Jamuny

    Wychodzimy z miejsc turystycznych i idziemy na miasto. Wystarczy odejść kilkaset metrów i to co widać i czuć zmienia się diametralnie. Kilka fotek z prawdziwej Agry…

    Sklep monopolowy, właściwie dwa. Po lewej sklep z alkoholami zachodnimi, drogo i mało klientów. Po prawej alkohole lokalne, w większości niepijalne, poza całkiem niezłym piwem KingFisher. W Bangalore próbowalismy wina w lokalnej mordowni, straszne było.

    Niezbędnik podróżnika, kafejka internetowa, kasa biletowa i kantor w jednym

    Riksza – beczkowóz. Rikszą rowerową jechaliśmy raz, kierujący był chudy jak szczapa ale dawał rade, nawet pod górę.

    Uliczny serwis MotoRiksz. Nie wiem czy autoryzowany ;)

    Trzy najpopularniejsze pojazdy na miejskich drogach, MotoRiksze, motocykle HeroHonda i konne powozy.

    Rodzinne podobieństwo

    Zdjęcie do albumu rodzinnego

    I portret Hinduski

    Staruszek farbujący włosy na pomarańczowo. Hindusi są przewrażliwieni na punkcie wyglądu swoich włosów, nawet najbiedniejsi strzygą się często i starają się wyglądać estetycznie. Starsi, siwiejący mężczyźni farbują włosy na czarno lub właśnie często na pomarańczowo.

    Idziemy dalej, żebrak mieszkający na ulicy, na betonowym pasie pomiędzy jezdniami. Krawężniki są tak wysokie i potężne, że przynajmniej nikt go nie przejedzie. Łażenie nocą po mieście nie jest proste, ze względu na śpiących wszędzie biedaków, trzeba stąpać uważnie i chodzi się slalomem.

    Pies żywiący się resztkami z płonącej góry śmieci. Smród niewyobrażalny.

    Toaleta publiczna. Dobrze, że jest bo inaczej toaletą bywa całe otoczenie. Zapewniam, nie była najgorszą jaką widziałem.

    Dworzec autobusowy

    Targ muzułmański obok meczetu, tłok, tłok …

    I na nim kupowanie

    Thali, nasz obiad w bardzo tubylczej knajpie. To w sosie obok paczki chusteczek higienicznych było piekielnie ostre ale dałem radę, całość pyszna. Obiad kosztował 40 rupii (niecałe 2,6zł), Coca-Cola do niego drugie tyle :)

    Możliwości transportowe riksz są zgoła nieograniczone, był beczkowóz, jest ciężarówka :)

    Street view

    Rikszarz rozmawiający z rodziną. Prawie wszyscy mają telefon, nawet Ci śpiący na ulicy …

    I na koniec warta opisania akcja z pociągiem. Idziemy po mieście, przeciskamy się przez wieczny tłum właściwie. Wszędzie dookoła gwarno i tłoczno, wszyscy rozpychają się łokaciami, riksze trąbią, hindusi krzyczą do siebie, generalnie normalny chaos i hałas indyjskiej ulicy (coś jak przelatujące gęsiego nad głową samoloty ;). I nagle ulica zamiera, cichnie zupełnie, wszyscy ale to wszyscy stanęli w miejscu, nikt nie rozmawia i patrzą się do góry. Ale o co chodzi? ;)

    Więc my też patrzymy i widzimy przejeżdżający wiaduktem pociąg. I tak jak oni stanęliśmy, patrzymy na pociąg, na tłum ludzi spokojnie stojących dookoła, nie możemy się nadziwić skąd ta cisza i spokój, nie wiemy zupełnie skąd ten nagły bezruch. Pytam się kogoś stojącego obok, ten się patrzy dziwnie z miną pt. „co ja głupi, że nie wiem?” i odpowiada: „no pociąg jedzie, stoimy bo gówno z góry leci …”

    I tak, z naprawdę głupimi minami postaliśmy kilka minut, spokojnie bo pociągi długie, aż tenże przejechał a tłum ruszył.

    I znowu było normalnie, chaos, hałas i tłum, tłum, tłum … :)

  • Taj, Taj Mahal

    Odcinek 12, Agra, Taj Mahal

    Taj, Taj Mahal w pełnej porannej krasie

    Po krótkim skoku w bok w stronę motocykli a zwłaszcza motocyklistek wracamy do Indii.

    Taj Mahal. Najsłynniejsza budowla Indii. Obecny na większości pocztówek, okładkach przewodników we wszystkich językach, kubkach, koszulkach, folderach reklamowych, magnesach na lodówkę i pudełkach zapałek. Najsłynniejszy. Od 7 lipca 2007 r. ogłoszony jednym z nowych siedmiu cudów świata (razem z chińskim Wielkim Murem, Kolosseum i Machu Picchu), jest też wpisany na listę UNESCO.

    Przyznaję, robi wrażenie! Przede wszystkim jest duży, naprawdę duży. Z daleka monumentalny, z bliska ogromny.

    Skala budynku, jako modelki wystąpiły Ania i Bogna

    Taj Mahal jest grobowcem i mauzoleum Mumtaz Mahal, żony panującego wtedy cesarza z dynastii Wielkich Mogołów Szahdżahana. Mumtaz Mahal zmarła podczas porodu czternastego dziecka a cesarz który ją kochał nad życie wybudował w ramach hołdu dla niej najpiękniejszą budowlę Indii. Budowa trwała 22 lata, została zakończona w 1654 wieku. Według podań przy budowie pracowało 20 do 25 tysięcy robotników. Lokalni opowiadają legendę, że cesarz Szahdżahana pod koniec życia został zdetronizowany przez swojego syna i uwięziony w niedalekim budynku Czerwonego Fortu skąd do końca życia patrzył się na wybudowany przez siebie symbol miłości. Po śmierci został również pochowany wewnątrz Taj Mahal, w środku są dwa groby, można je oglądać.

    W XIX wieku budowla podupadła i mało co nie została rozebrana przez gubernatora Lorda Williama Bentincka, marmur miał być przewieziony i sprzedany w Londynie. Na szczęście pomysł upadł a następni władcy Indii odrestaurowali budowlę, tak że dzisiaj może być celem wycieczek z całego świata.

    A wrażenia ze zwiedzania? Przede wszystkim trzeba wstać grubo przed świtem. Taj jest najładniejszy w pierwszych promieniach słońca a dostać się do środka nie jest tak łatwo. Bilety kosztują 750 rupii co jest sumą jak na Indie ogromną (ok 50zł), lokalni płacą bodajże 20 rupii. Do środka prowadzą już od wczesnego ranka ogromne kolejki, oddzielne dla kobiet i mężczyzn, także dzielone na turystów i hindusów. Nie można wnosić papierosów i zapalniczek (rekwirują podczas drobiazgowego przeszukania) oraz na przykład statywów (bez sensu). Za to każdy turysta dostaje małą butelkę wody i pokrowce na buty więc nie trzeba ich zdejmować w środku (dla hindusów są przechowalnie butów). Przebicie się przez bramki trwa około godziny, serio.

    Jak już się człowiek dostanie na teren to pierwsze co widać to brama:

    Także namiętnie fotografowana

    Natomiast za bramą zamieszanie, ludzie się przepychają, żeby zrobić zdjęcie. Zupełnie bez sensu bo dalej jest dużo lepsze miejsce.

    Właśnie to, jak widać mocno zatłoczone.

    Za to zdjęcia z niego są niezwykle pocztówkowe :)

    Idziemy do budynku, widok na ogród i bramę

    Jeden z dwóch meczetów po bokach, tylko jeden jest czynny, drugi został wybudowany tylko dla zachowania symetrii całości

    Widok z tyłu na rzekę, w porannym świetle bardzo malowniczą

    Drugi meczet, ten czynny. Dla turystów wstęp wzbroniony

    W środku budowli znajduje się prosta sala z grobowcami (zakaz fotografowania), natomiast sam budynek jest ciekawy. W marmurze zatopione są kamienie szlachetne i półszlachetne, jest dużo malowniczych płaskorzeźb i gry świateł.

    Wychodzimy na zewnątrz, zdjęcie obowiązkowe

    Widok z ogrodów. Wrzuciłem kilka podobnych zdjęć różniących się tylko oświetleniem bo nie mogę się zdecydować która mi się najbardziej podoba :)

    Budynek cieszy się dużym powodzeniem wśród Hindusów, wszędzie jest pełno wycieczek

    Wzbudza też dziwne reakcje wśród zwiedzających ;)

    I na koniec, wcale nie jest biały, tak tylko wygląda w ostrym słońcu. Z bliska jest kremowo szary, marmur ciemnieje pod wpływem zanieczyszczeń powietrza. Widok po zachodzie słońca od strony rzeki.

    Będą jeszcze dwie notki z Agry, jedna turystyczna (Czerwony Fort i inne zabytki) i druga o miejscach i rzeczach zdecydowanie w innym klimacie …

  • IV Ogólnopolska Wystawa Motocykli i Skuterów

    Mała zmiana klimatu, bo w końcu ile można o Indiach ;)

    Honda pokazała się od najładniejszej strony

    Jeżeli chodzi o motocykle również :)

    Scigacz.pl wygrywał w kategorii najładniej uśmiechniętych dziewczyn

    Suzuki także dawało radę :)

    Zwiedzających całkiem sporo

    Tych dużych i tych małych

    Były cieszące się dużym powodzeniem wśród amatorów fotografii pokazy bielizny

    Różne dziwne dwu i trzykołowe wynalazki

    Także mniej znane marki pokazały się od najlepszej strony

    A na koniec, nie zabrakło też „Akcesoriów Motocyklowych” ;)

  • 16 lat pałaców w Fatehpur Sikri

    Odcinek 12, Fatehpur Sikri

    Kozy, dużo kóz

    Kozy jak już pisałem zalegały malowniczo przed wejściem do kompleksu pałacowgo Fatehpur Sikri. Miasto zostało założone przez mogolskiego władcę Akbara w 1571 roku, natomiast opuszczone z powodu braku wody 16 lat później w 1586 roku stając się w pełni ukończonym i pięknym miastem-widmem. Cóż, widocznie rzucając do pracy kilkadziesiąt tysięcy ludzi należy przemyśleć dostęp do rzeki :)

    Kompleks jest w pełni odrestaurowany, zawiera kilka pałaców przylegających do siebie, imponujący meczet Jama Masjid, budynki gospodarcze, stajnie i kilka basenów.

    54-metrowa Buland Darwaza – Brama Zwycięstwa

    Dziedziniec meczetu Jama Masjid

    Oraz chroniące się w jego krużgankach dzieciaki na dywanach

    Intensywnie fotografowany grobowiec sufickiego pustelnika Selima Ćisti

    Siosty

    Spacerem po kolejnych pałacach

    Pałac Panch Mahal, zbudowany jak domek z kart

    Więcej pałacyków, baseny i wnętrza. Kompleks jest tak duży, że można się w nim spokojnie pogubić

    Na koniec kawałek zielonych ogrodów

    I opuszczamy Fatehpur Sikri, czas na Agrę :)

    Taj Mahal, od strony rzeki

  • Fatehpur Sikri, tour guide ;)

    Odcinek 11, Fatehpur Sikri

    Korytarz, z obrotu

    Dojechaliśmy do Agry, #1 miejsc typu „to koniecznie musisz zobaczyć w Indiach”. Agra to miasto w którym znajduje się Taj Mahal, ten sam którego widać na okładce prawie każdego przewodnika po tym kraju. Ale nie od niego zaczeliśmy zwiedzanie, zmieniliśmy plany i pierwszego dnia pobytu pojechalismy na wycieczkę do Fatehpur Sikri. To miasto niedaleko Agry, niegdyś stolica Wielkich Mogołów. Całość jest doskonale zachowana, zadbana, otoczona tłumem bardzo agresywnych sprzedawców i bezapelacyjnie turystyczna. Ale warto zobaczyć, w końcu UNESCO, nie? :)

    Kompleks jest ogromny a ciekawostką jest to, że został opuszczony z powodu braku wody pitnej. Ot taki kaprys, wybudować sobie wielką stolicę na pustyni. Dzisiaj będzie tylko kilka fotek, nie miałem czasu ich przygotować więc potraktujmy je zaliczkowo i nieco humorystycznie :)

    Najpierw musimy do pałaców dojechać, wielbłądem, z fasonem

    Następnie wspiąć się po gigantycznych i nieco megalomańskich schodach, unikając kóz

    Prześlizgnąć się z nienacka kompleksem bram

    Unikając podejrzanie wyglądających konstrukcji podejrzanie wyglądających na maszynkę do mielenia mięsa

    Prześlizgujemy się przez stajnie (obecnie zamieszkane głównie przez turystów i małpy)

    Aż gratulując sobie wytrwałości docieramy do celu czyli pięknego grobowca sufickiego pustelnika Selima Ćisti

    W nagrodę za zaliczenie udanego zwiedzania znajdujemy wodopój (choć nieco ryzykowny)

    Oraz hipermarket owocowy :)

  • Orchha, zabytki i pewna scena z pociągu

    Odcinek 10, Orchha

    Cenotaf nieśmiało wygląda zza krzaka

    Dzisiaj będzie mniej tekstu a więcej zdjęć, Orchha w wersji turystycznej. Jak pisałem w poprzedniej notce Orchha znana jest z pałaców i cenotafów.

    Trzy pałace Orchhy to siedziba dynastii Bundela, były budowane w XVI-XVIII wieku. Tworzą zwarty kompleks, z jednego przechodzi się do drugiego. Są nieco zaniedbane i rozsypujące się choć architektonicznie bardzo ciekawe. Dookoła miasteczka też jest kilka ciekawych budynków, malowniczo rozsianych po polach i łąkach.

    Widok na miasteczko i kompleks pałacowy

    Dziedziniec pałacu Raj Mahal

    Pałac Jahangira

    Widok na Orchhę

    Pałac Jahangira

    Trochę wnętrz

    Rakesh z kolegą przyglądają się zachodnim turystkom

    Pałacowe wnętrza to wymarzone miejsce na schadzkę :)

    Okolica jest urocza, mało widziałem w Indiach zieleni, tam było jej sporo.

    No i obecni mieszkańcy zamku :) Małpy w Indiach dzielą się na te z jasnymi pyskami (łagodne) i czarnymi (złośliwe i wredne). Tak to przynajmniej tłumaczyli lokalni.

    Wychodzimy z kompleksu, widok na Jahangiri Mahal

    Idziemy spacerem dalej, pozdrawiamy kąpiących się chłopaków …

    aż dochodzimy do mostu nad Betwą. Most jest częścią drogi zaznaczonej na mapie kolorem czerwonym czyli główna :)

    Żeby nie było, że wszędzie jest tak ładnie to nie wszędzie

    Czasem jest malowniczo

    Czasem piękne budynki są obudowane slamsami

    Dochodzimy do jednego z pałaców na wzgórzach dookoła miasteczka

    Ten w odróżnieniu od tych w samym Orchha ma zachowane piękne freski i malowidła, tutaj walka z demonami

    Oraz masaż stóp na łózku wykonanym w kształcie siedmiogłowego węża

    Na koniec spaceru dochodzimy do cenotafów (symbolicznych grobowców). Władców pałaców kremowano więc ciał w środku nie ma, pałacyki mają znaczenie czysto symboliczne

    Całość zbudowana jest na uboczu miasta, całość jest ogrodzona, wypielęgnowana i czysta. Robi dobre wrażenie

    Jeszcze widok od strony rzeki. Tutaj, jak wszędzie w okolicy miejsc turystycznych kłębi się tłum dzieciaków sprzedających różne paskudztwa, figurki, wisiorki i inne takie. Ale jeden z nich był bardziej obrotny, chciał mi sprzedać „Kamasutrę”. Kiedy zainteresowany spytałem co konkretnie ma mi do sprzedania odciągnął mnie nieco na bok i teatralnym szeptem powiedział „Patrz!” i pokazał mi wydrukowane na kolorowej drukarce atramentowej sceny z wybitnie pornograficznych filmów z hinduskimi aktorkami. Uśmiałem się, kartek nie kupiłem (były całkiem brudne i przetarte) – widać nie cieszyły się wielkim powodzeniem. Za to kupiłem caly zestaw branzoletek z nitek z małymi dzwoneczkami, cała nasza ekipa je nosiła do końca wyjazdu :)

    Na koniec notki trochę o pociągach (tak wiem, znowu … ;) Obiecałem jedak w którejś z pierwszych notek, że jak znajdę takie fotki to pokażę.

    To klasa sleeper czyli kuszetki z otwartymi przedziałami na 6 osób. Na górze są wentylatory, w większości zepsute choć niezbędne w goracych miesiącach. Bagaże, w celu ochrony przed kradzieżą przypina się do różnych metalowych kółek czy łańcuchów, przypinają wszyscy, hindusi także.

    W tym pociągu, Orchha-Agra byłem świadkiem sceny która była jedną z najmocniejszych widzianych w Indiach. Mianowicie jedziemy sobie, jest późne popołudnie. Dookoła pełno hindusów z dziećmi rozrzucającymi resztki jedzenia dookoła, wszędzie na podłodze walały się papierki, resztki krakersów i ciasteczek. Hindusi nas też podglądają, robią zdjęcia z ukrycia albo śmiało podchodzą i proszą o zrobienie sobie zdjęcia z nami. Ale po godzinie już się nieco znudzili więc poza latającymi wszedzie dzieciakami jest spokojnie a my czytamy książki. Siedziałem z brzegu, od strony korytarza, zresztą zazwyczaj tak robiłem – tworząc pewnego rodzaju barierę chroniącą dziewczyny. I nagle słychać szuranie. Patrzę na korytarz a tam pełznie żebrak. Czołga się, częściowo na kolanach, częsciowo na brzuchu, ma wygiętą w dziwny sposób bardzo chudą nogę i coś nie tak z palcami u rąk. Żebrak czołgając się robi to tak, że ramieniem popycha sterty śmieci, takie połącznie spychacza i miotły. Nie wiem jak zareagować, widok jest tak nierealny, że nie wiem czy się patrzeć czy odwrócić wzrok. Ale nie odwracam. I widzę jak dopełza do rozsypanych herbatników na bardzo brudnej podłodze, wszędzie jest aż czarno. I zaczyna je jeść, prosto z podłogi. Siedzący obok hindusi go przepędzają, żebrak czołga się dalej aż dociera do nas. Widząc białych a to zawsze znaczy łatwe pieniądze podnosi się nieco i patrząc się na mnie pustym wzrokiem wyciąga rękę dobywając z siebie dźwięku który brzmiał jak „Eee, eee”. Ręka nie ma dwóch paców, jest nienaturalnie wykrzywiona. Zamarłem, dziewczyny też. Po kilku, może kilkunastu sekundach wyciągnąłem portfel, dałem mu pieniądze i poczołgał się dalej.

    I tak to wyglądało. Indie, proszę Państwa. Indie.

    W następnej notce słynna i bardzo turystyczna Agra

  • Orchha, o mieszkaniu na wsi, biznesie na ulicy i ludziach

    Odcinek 9, Orchha

    Syn Anurady, naszej gospodyni

    Z Khajuraho dotarliśmy do Orchhy, małej, nieco zapomnianej i niezupełnie turystycznej wioski, znanej jednak z ogromnego kompleksu pałacowego oraz cenotafów (symbolicznych grobowców) nad rzeką Betwą. Rzekę oraz siedzącego nad jej brzegiem mieszkańca można zobaczyć w poprzedniej notce, a zabytki będą w następnej. Dzisiaj, za to, to pokażę gdzie mieszkaliśmy, jak się robiło nasze jedzenie i opowiem trochę o lokalnym biznesie.

    W Orchhy mieszkaliśmy w tzw. Home-stayu reklamującym się hasłem „Stay with a local family” oraz „Clean and comfortable rooms”. Trochę się obawialiśmy warunków ale reklama nie kłamała – pokój był super, właściwie mały jednopokojowy domek wybudowany na środku gospodarstwa naszej rodziny. Był czysty i bardzo ładny, łazienka oddzielnie (budka z wc i prysznicem) za to bardzo wypielęgnowana i pachnąca. Ciepła woda dostępna w wiaderku, to znaczy gospodarz grzał wodę w wielkim garnku nad ogniem, wlewal do wiaderka i dodawał mały garnuszek do polewania. A najważniejsze było to, że faktycznie mieszkaliśmy z lokalną rodziną, oglądaliśmy przygotowywanie posiłków na kamiennym piecyku, magazynowanie wody w wielkich donicach, bawiliśmy się z dzieciakami i uczyliśmy je angielskiego. Wieczorne piwo wypijane przy małym ognisku z krowich placków też dodawały naszemu pobytowi niezaprzeczalnego klimatu ;)

    Nasza gospodyni Anurada podczas przygotowywania śniadania, w tle piecyk :)

    Nalewanie herbaty. Herbatę po indyjsku (czaj) robi się tak, że do garnka wlewa odpowiednią ilość wody, mleka, liście herbaty, cukier i czasem szczyptę imbiru. Gotujemy całość aż do wrzenia, zmniejszamy ogień i czekamy kilka minut. Następnie przelewając przez sitko podajemy wrzącą. Jest piekielnie mocna i bardzo dobra. Na zdjęciu wersja bez mleka :)

    Śniadanie gotowe, na pierwszym planie :) Żółte w miseczce to pikantno-słodka zupa z curry, placek nazywa się paratha (rodzaj naleśnika). Pyszne też były chiapatti, świeżo upieczone na piecu placki w stylu tureckich chlebków. No i mega pikantny masala chicken, palce lizać ale kubki smakowe wypalił. Je się w pozycji kucanej, z talerzem na podłodze. Wszystko jemy palcami, maczając placki czy stałe kawałki w sosach, oczywiście prawą ręką (w Indiach prawa ręka jest od jedzenia, lewa jest nieczysta – od zabiegów higienicznych).

    Po śniadaniu trochę zabawy z ptakiem …

    … lub piłką …

    … lub mała sjesta

    … ewentualnie czas na naukę. Książka którą trzyma córka Anurady (zapomniałem imienia) to słownik Hindi-English :)

    Już po nauce, rozmawiamy o szkole i podróżach

    Wspomniane dzbany na wodę, pitna woda (filtrowana) jest cenna

    Nasz domek gościnny

    Trochę reklamy :)

    Zagroda i suszące się obok krowie placki, czyli bardzo dobry materiał na …

    … wieczorne ognisko

    Tyle o Home-stayu, w Orchy jest pięć takich rodzin, muszę powiedzieć, że żyją bogaciej niż reszta dookoła a ich gospodarstwa są może nie ładniejsze ale na pewno czystsze. Stroną biznesową zajmuje się Ashok, obrotny chłopak kolo 22-24 lat, bardzo nas polubił (pewnie dziewczyny :). Pozdrawiam!

    Żeby nie było, że wszystkie domki są takie porządne ;)

    Ok, to teraz trochę o lokalnym biznesie:

    Najpierw transportowy, jak widać nominalna pojemność riksz jest tylko nominalną, potrafią wytrzymać dużo większe obciążenie :) BTW, lokalna stawka to 10 rupii za kilometr, to stawka do której należy dążyć bo początkowe są dużo większe

    Sprzedawca gualu (kolorowe proszki), głównie do posypywania przyjaciół i innej zabawy. Używane w ilościach hurtowych podczas indyjskiego Święta Wiosny (Holi). Kolory są niesamowicie intensywne.

    Warto obejrzeć co się z tymi proszkami robi: Holi – festiwal kolorów

    Zakład fryzjerski na ulicy, z dachem, są takie nawet bez – składające się z krzesła i lustra zawieszonego na drzewie. Skorzystałem z takiego zadaszonego później, całkiem udanie mnie Pan Fryzjer ostrzygł. Cena 140 rupii (niecałe 10 zł) :)

    Warzywniak

    Computer Academy

    Okolice świątyń to też biznes, zwłaszcza dla sprzedawców kwiatów, dewocjonalii oraz żebraków

    Biznes jak widać odbywa się glównie na ulicy. Małe sklepiki, czasem kawał blachy, czasem to co sprzedajemy rozkładamy po prostu na ziemi dookoła. Prawie żadne ceny nie są stałe, targowanie się jest normalnym i obowiązującym stylem zakupów. Trudno się nie targować jeżeli ceny początkowe bywają wyższe o 1000% od docelowych :) Targujesz się o każdą glupotę, czasem to jest fajne ale czasem żmudne i męczące, zajmuje sporo czasu. Szkolenia negocjacyjne się przydają :) Istotne jest to, że Hindusi działają w grupach, taksówkarz zawiezie Cię do przyjaciela sprzedającego jedwabie, przewodnik poleci restaurację kumpla i wujka z łodzią który chętnie po promocyjnej cenie przewiezie Cię po rzece itp. Niby jest konkurencja, kiedy kręcisz się dookoła handlarzy słyszysz masę okrzyków zachęcających do wyboru konkretnego sklepu ale w momencie kiedy jeden sprzedawca czymś Cię zainteresuje to reszta się wycofuje, czasem tylko nieśmiało czekając. A nóż zechcesz zobaczyć co u konkurencji.

    I na koniec notki trochę o ludziach. Po pierwsze dużo ich. Naprawdę dużo. Gdzie nie chodziliśmy przedzieralismy się przez tłumy. Indie to teraz 1,2 miliarda ludzi, drugi kraj na świecie pod względem populacji. I ciągle rośnie, z kim nie rozmawiałem miał 4-5 dzieci. Tylko jeden gość stwierdził, że ma dwójkę i wystarczy. Są hałaśliwi i krzykliwi, na ulicach jest zawsze bardzo głośno. Są czasem męczący i namolni, każdy chce Ci coś sprzedać, pokazać, zapytać skąd jesteś – ale to głównie w miejscach turystycznych. Wystarczy się od nich oddalić trochę i są nadal głośni ale normalni, serdeczni, pomocni i bardzo sympatyczni. Często pomagali nam sami z siebie, dawali rady, pytali się czy na prawdę chcemy tam iść, czy się nie zgubiliśmy.

    Jak to w Indiach, wszystko jest możliwe. W Mumbaiu jadąc lokalnym pociągiem w strasznym ścisku (opowiem później dokładnie bo to jedna z lepszych akcji w jakich miałem okazję uczesniczyć) sąsiedzi w tłumie mówili nam która to stacja, na której mamy wysiąść i zrobili nam trochę miejsca żeby móc swobodnie oddychać. Byli bardzo mili i pomocni. A z drugiej strony kierowca rikszy w Jaipurze zawożąc nas do hotelu ze stacji (1,2 km jedynie) doprowadził nas wszystkich do stanu bliskiego poważnego incydentu międzynarodowego ;) Indie :)

    Kobiety w sari na targu. Sari to tradycyjny strój kobiecy, kilkumetrowa płachta jedwabiu do owijania się w skomplikowany sposób. Im bardziej kolorowe sari tym kobieta biedniejsza, bogate hinduski noszą kolory stonowane (za to lepszy gatunkowo materiał).

    Rodzina, z gatunku wielodzietnych :)

    I na koniec zdjęcie wrzucone na fejsa, przeglądając je po kolei znajduję takie przy których zatrzymuję się na dłużej, to jedno z nich.

  • Orchha w kolorze intensywnie pomarańczowym

    Świąty Mąż nad rzeką, Orchha

  • Notka o koronkowych świątyniach i kamasutrze [+18 :)]

    Odcinek 8, Khajuraho, koronkowe świątynie i kamasutra

    Jak obiecałem :D

    Khajuraho czyli „Miasto palm daktylowych” słynie przede wszystkim z kompleksu świątyń hinduistycznych (IX- XII w.) przez władców z dynastii Ćandelów. Słynie z samych świątyń i wyrzeźbionych na ścianach postaci i zachowań o mocno erotycznym wydźwięku. Słynna Kamasutra, tak :)

    Świątynie mnie zachwyciły. Absolutnie. Byłem nieprawdopodobnie oczarowany, klimatem miejsca, dbałością o szczegóły a przede wszystkim „koronkowością” wykonania. Przed wyjazdem do Indii słyszałem opinie, że można je sobie darować, świątynie są takie jak wszędzie. Ale to nieprawda. Warto tam pojechać, dotknąć tych kamieni, miejsce jest niesamowite. Razem z Taj Mahalem i Świątynią Wichrów w Ranakpurze jest grupie trzech najpiękniejszych miejsc jakie widziałem w Indiach. Gorąco polecam, pomimo tego, że dojazd jest kłopotliwy a lokalni handlarze w miasteczku bardzo namolni.

    Poniższe zdjęcia to tzw. Grupa Zachodia Świątyń, największa i najlepiej zachowana. Innych przez wspomnianą w poprzedniej notce chorobę nie widziałem ale są bardzo podobne tylko bardziej zapuszczone.

    Kilka ujęć kompleksu świątyń

    I trochę rzeźb … ;)

    Pozycje kamasutry w detalach. Sporo ich jest ale zazwyczaj poukrywane dosyć wysoko. Gdyby nie obiektyw o dużej ogniskowej ciężko by je było sfotografować

    Niektóre z pozycji są, powiedzmy niespotykane ;)

    Inne rzeźby. Masa jest słoni i scen walki lub życia codziennego

    Nawet słonie mają trąby zawiązane w supełek :)

    Świątynie mnie niesamowicie zachwyciły, fotografowałem jak szalony, nie mogłem przestać. Poniżej jeszcze kilka zdjęć:

    Dwie szwedki poznane na dworcu w Varanasi. Jak widać dotarły bezpiecznie :)

    Pani Hinduska i kamienny lew

    A na koniec fotka która naprawdę dobrze opisuje ten kraj …