O Goa Gajah i pożeranych kurczakach

Goa Gajah to miejsce z obowiązkowego kanonu turystycznego Bali. Co prawda, poza dwiema Niemkami i nami żadnych turystów nie było, ale w przewodniku jest napisane, że trzeba. Pojechaliśmy. Na miejscu zastaliśmy rząd budek z jedzeniem, wodą, sarongami na sprzedaż (można wypożyczyć przy kasie za darmo) oraz kłębiący się tłum domorosłych przewodników, licencjonowanych lub nie. Poprawność licencji ciężko rozpoznać bo wszyscy mają jakieś identyfikatory, tekst napisany krzaczkami, zdjęcie sprzed 20 lat. Na wielkim placu stał tylko nasz skuter, przez to nie wiedziałem gdzie zaparkować, w końcu wcisnąłem go gdzieś między skutery pracowników. Zapewne żeby nie stał samotnie.

Parking, parkingiem, świątynia Goa Gajah na zdjęciach w sieci robi dużo większe wrażenie. Na miejscu zastaliśmy ścianę z rzeźbami i portalem, kilka małych basenów, kawałek placu. Portal jest za to niesamowity, na fasadzie wyrzeźbione są głowy różnych stworzeń, demonów i zwierząt. Potoczna nazwa świątyni, „Jaskinia Słonia” pochodzi prawdopodobnie od nazwy pobliskiej rzeki – Rzeka Słonia. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pojawiają się w poemacie Desawarnana, napisanym w roku 1365, świątynia jest naprawdę stara. Baseny przez wiele lat były zasypane, odkryte przypadkiem, zostały odsłonięte dopiero w 1950 roku. Baseny pełnią rolę odstraszającą i obronną przed złymi duchami. W środku jest mała kapliczka, jest ciemno i pachnie jaskinią.

Świątynia została dopisana do listy zabytków UNESCO w 1995 roku.

Rzeźby basenowe.

Motyw demona w parku otaczającym świątynię

Pan ogarniający okolice ołtarza. Pan był bardzo skuteczny, jak nas tylko zobaczył to podszedł, niemalże siłą zaciągnął do kapliczki, pobłogosławił i dyskretnie podniósł obrus pod którym leżało kilkanaście banknotów. Sugestywnie pokazał, że się należy. Dałem mu coś, pogrymasił, że mało, niemniej pomachał serdecznie i wrócił do zamiatania.

To już byłby koniec, świątynia jest bardzo mała, i całość, łącznie z ogrodem można obejść w dziesięć minut. Byłby, gdyby nie to, że Maja wyczytała w Internetach, że za świątynią jest zejście do dżungli, wodospadów i innych cudów. Poszukaliśmy i znaleźliśmy małą, ukrytą ścieżkę. Schodzi się długo, jest stromo i fajnie, rośliny włażą w drogę, bardzo ciekawe miejsce. Mało kto tu dociera, słychać tylko hałasy dżungli.

Po drodze mija się drzewo o niezwykle skomplikowanym systemie korzeni.

Rzeka Słonia, kilkaset metrów poniżej poziomu świątyni. Nie znaleźliśmy wodospadu, później dowiedzieliśmy się, że ostatnia ulewa zmyła most którym można było do niego dotrzeć.

Mała, zagubiona kapliczka.

Dzieciaki od Coca-Coli. Tata budował altankę obok, oni chyba tam mieszkali, mieli sporo bagażów w różnych torbach. Po chwili pojawiła się mama, sprzedała nam coś do picia i opowiedziała historię o komodo. Komodo to właściwie waran, zwany smokiem z Komodo. To największa jaszczurka na świecie, żyje tylko w Indonezji. Osiąga rozmiary krokodyla, do 150 kg wagi, 3 metry długości. Nie wiedziałem, że żyją na Bali. Nie udało nam się żadnego zobaczyć, bardzo żałuję. Spytałem się czy są niebezpieczne dla ludzi, nie są, za to rolnicy ich nie lubią bo zjadają kurczaki. Kurczaków było pełno w okolicy i cały czas miałem wrażenie, że za chwilę wyskoczy z krzaków wielka jaszczurka, pożre kurczaka jednym kłapnięciem szczęk i zniknie w krzakach po drugiej stronie ścieżki. Tak się nie stało, niestety dla nas, choć niewątpliwie dobrze dla kurczaków.

Na koniec powąchali kwiatka …

… oraz zjedli ananasa. I pojechali dalej.

Indonezja, Bali, kwiecień 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.