Świt z widokiem na wulkan

Wulkan Bromo, widok z góry Penanjakan

Do Probolinggo dojechaliśmy późnym popołudniem. To miejsce, w którym kończyły się nasze, przygotowane jeszcze w Polsce, zapiski, gdzie i jak jechać. Zarówno przewodnik, jak i czytane jeszcze w domu blogi, zawierały w większości rady: kup wycieczkę albo wynajmij samochód. Wyszliśmy z pociągu, zupełnie nie wiedząc, co dalej.

Rzuciliśmy nasze bagaże na trawniku przed stacją i zacząłem rozmawiać z miejscowymi rykszarzami. Było słabo, dojechać lokalnym transportem nie bardzo było jak, bemo nie jeżdżą w te okolice. Albo inaczej, jeżdżą, tylko nikt nam nie chce powiedzieć, gdzie jest dworzec. Taksówkarze w Probolinggo mają złą sławę, wulkany są jedną z największych atrakcji Jawy i mafia taksówkowa umiejętnie to wykorzystuje, podnosząc ceny i odganiając przyjezdnych od tańszych opcji transportu.

Nagle, gdzieś z boku, wyłoniła się inna para białych, nieco bardziej ogarnięta niż my. Obok nich zatrzymało się bemo, zaczęli rozmawiać z kierowcą i po chwili wsiadać do środka. To było to, inni turyści na pewno także jechali na wulkan. Szybko zabraliśmy nasze bagaże i podbiegliśmy za nimi. Nikt z lokalnych nie mówił po angielsku, ale krótkie kiwanie głową po hasłach „Bromo? Cemoro Lawang?” upewniło nas, że dobrze trafiliśmy. I tak poznaliśmy Annę i Fabiana, parę z Holandii.

Anna, solidnie zbudowana, choć niegruba blondynka, jest strażniczką więzienną. Zdecydowanie dominuje w związku, przez kilka dni, które razem spędziliśmy, decydowała o wszystkim. Fabian jest szczupły, raczej nieśmiały, niewiele mówi. To ich pierwszy wyjazd w tym stylu, z plecakiem, na dziko. Całkiem nieźle sobie radzili, sporo się nauczyli, trochę im też dopowiedziałem w ciągu następnych kilku dni, jakie spędziliśmy razem.

Bemo podwiozło nas tylko kilka kilometrów, wysiedliśmy pod biurem małego agenta turystycznego. Długo negocjujemy, jest już późno, zapada zmrok, coraz trudniej nam będzie znaleźć nocleg na miejscu. Bus miał przyjechać po 20 minutach, mijają prawie dwie godziny, ciągle go nie ma. W końcu, zmotywowani zapadającą ciemnością, decydujemy się na wykupienie całej wycieczki: przejazdy, dwa wulkany, dwa noclegi, na końcu transport na Bali. Negocjuję długo, w imieniu całej czwórki, ale poza początkowym rabatem nic nie osiągam. Jest drogo, ale zdecydowanie wygodniej. Jedziemy.

Wstajemy o 3. rano, kolejna nieprzespana noc. Te noce już nam się mieszają, zasypiamy i budzimy się o bardzo różnych porach, sami nie wiemy, w jakiej strefie czasowej jesteśmy. Noc była zimna, dodatkowe koce, które wyprosiłem w recepcji hotelu bardzo się przydały. Okolica wulkanu jest górzysta, punkt widokowy, od którego zaczynamy, góra Penanjakan, ma 2770 metrów. Plusem wykupienia wycieczki był transport, zapakowaliśmy się do jeepów i pół godziny później byliśmy pod Penanjakan. Wspinanie się w środku nocy, w nieznanym terenie, to ciekawe doświadczenie, jest ciemno, w świetle czołówki niewiele widać. Dobrze, że jest chłodno, łatwiej się wspinać, kiedy nie ma upału, jest stromo. Trochę się kłócimy, wyrwanie ze snu w środku nocy plus duży wysiłek nie sprzyjają kontaktom międzyludzkim. Na górze jest całkiem nieźle zorganizowany punkt widokowy, betonowy, zadaszony plac, obok kilka stoisk, w których można kupić herbatę czy śniadanie. Czekamy na świt.

5:05. Zaczyna się rozjaśniać. Jasne kreski na dole zdjęcia to światła samochodów pod wulkanem.

5:36. Dolina wioski Cemoro Lawang. Przez wioskę tylko przejechaliśmy, żałuję, była bardzo ładna.

6:06. Ta sama dolina, oświetlenie zmienia się z minuty na minutę. Rozpraszane wiatrem mgły znikają.

Piękne światło, piękny moment, który trwał, niestety, tylko kilka minut. To zdjęcie już pokazywałem, w zajawce relacji, wrzucam drugi raz, bo razem z innymi tworzą komplet.

Dziesięć sekund później, zbliżenie na dolinę.

Na koniec kilka słów o ludziach. W okolicach wioski Cemoro Lawang mieszka mała społeczność, lud zwany Tengger. Około 600 tysięcy ludzi, do niedawna, przed popularyzacją turystyki, prawie całkowicie odseparowanych od reszty społeczeństwa. Odmiennie niż reszta Jawy, wyznają religię hinduistyczną, mają własny język. Pojawili się tutaj w XIX wieku, uciekając przez islamską dominacją.

Młodzi sprzedawcy kwiatów.

Starsze pokolenie. Tenggerowie, oprócz różnic kulturowych, wyglądają inaczej, niż pozostali mieszkańcy Jawy. Są bardziej podobni do Peruwiańczyków.

Indonezja, wulkan Bromo, kwiecień 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.