Targ o świcie

Psie targowanie

Ubud to turystyczne miasto. Kiedy do niego wjeżdżałem zaskoczyło mnie, że na ulicy widzę więcej turystów niż lokalnych mieszkańców. Indonezyjczycy byli gdzieś w tle, chowali się wewnątrz małych sklepików, za stoiskami, czasem za szybą samochodu. Środkiem ulicy paradował tłum rozbawionych turystów, Europejczyków i Azjatów. Turystyczny chaos. Po Jawie, gdzie spotkać białą twarz na ulicy było naprawdę ciężko, to była spora zmiana.

Czasami trzeba zejść z turystycznego szlaku, żeby odkryć coś ciekawego. W tej notce o lokalnym targu spożywczym.

Wystarczyło wstać bardzo wcześnie. Targ odkryła Maja poprzedniego dnia, kiedy, nie mogąc spać, wybrała się na mały spacer po okolicy. Okazało się, że w centrum miasta, w miejscu w którym, jak myśleliśmy, sprzedaje się same turystyczne badziewie, wczesnym rankiem rozkłada się targ spożywczy. Te same stragany, Ci sami sprzedający, ale zamiast chust z imitacji jedwabiu, produkowanych hurtowo masek czy otwieraczy do piwa w kształcie penisów, sprzedają warzywa, mięso i jajka. I kwiaty, dużo kwiatów.

To jest bardzo azjatyckie. Sklepów spożywczych, jakie znamy z Europy, tam nie ma. Może poza Tajlandią, gdzie są hipermarkety. Je się na ulicy, kupuje na targach, zazwyczaj o świcie. Na taki targ zjeżdżają rolnicy z całej okolicy, przywożąc swoje plony. Czasem hurtowo, setki kurczaków, tony warzyw, ale czasem też przyjeżdża babcia na rowerze i prosto z kosza sprzedaje marchewkę. Uwielbiam te miejsca.

Chodziłem po targu dobrą godzinę, zajrzałem chyba w każdy zakamarek. Nikt mi nie chciał nic sprzedawać, w końcu po co turyście kosz bakłażanów, ale czasem zamieniłem kilka słów ze sprzedawcami. Tylko kilka bo cały targ trwał może 2 godziny, czas to pieniądz, trzeba handlować. Pod koniec, kiedy już część spożywcza się zwijała przyjechała bardzo profesjonalna ekipa, z wielkimi kamerami. Spóźnili się na coś naprawdę fajnego. Ich pech.

Wyluzowany sprzedawca pierdółek z papierosem

Kwiaty, dużo kwiatów. Z kwiatów mieszkańcy robią takie małe pudełka, ofiary dla duchów. Codziennie świeże.

Produkcja koszyków ofiarnych. Pudełka nazywają się Canang sari, są składane w ofierze w świątyniach, w drzwiach domów, miejsc pracy, właściwie wszędzie. Do środka wkłada się kwiaty w czterech kolorach, symbolizujące cztery bóstwa: Iswara, Brahma, Mahadeva i Vishnu. Dokłada się kawałki owoców, odrobinę ryżu i koniecznie monetę lub banknot. Ofiarą jest praca poświęcona na przygotowanie Canang sari, włożony w to czas i wysiłek. Pudełko jest podziękowaniem za dobre rzeczy które spotykają ofiarodawcę. Nie składa się go w chwilach traumatycznych, na przykład w dniach po śmierci kogoś bliskiego.

Część odzieżowa.

W podziemiu sprzedaje się głównie mięso i małą chemię. Nie mówiąc o klapkach.

Chaotyczny dziedziniec

Warunki higieniczne, które zapewne przyprawiły by inspekcję Sanepidu o zawał na miejscu, są nieco dyskusyjne, ale wszystko jest świeże, pyszne i bardzo pachnące.

To są słodycze, pakowane w liście bananowca. W sumie nie wiem dokładnie co to było, smakowało jak ryż i cukier z przyprawami, coś w rodzaju pasty. Bardzo słodkie, dla fanatyków gatunku.

O ósmej rano targ się zwinął, zajęło to może 15 minut. W miejscu bakłażanów i kwiatów wyrosły stoiska ze wspomnianymi wcześniej, otwieraczami do piwa w kształcie penisów. W końcu turyści też muszą mieć gdzie kupować.

Indonezja, Bali, kwiecień 2013

2 odpowiedzi do “Targ o świcie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.